Czy strzępy tkanek, które wypłynęły wraz z krwotokiem ...
 
zasługują na imię i nazwisko, na pochówek i znicz na cmentarzu? 
Rozmowa z Małgorzatą Bronką, matką dwojga dzieci zmarłych w ósmym i dwudziestym pierwszym tygodniu ciąży oraz trojga dzieci w wieku 19, 17 i 6 lat. - Niedawno obchodziliśmy Dzień Dziecka Utraconego. Zapaliłaś światełka swoim dzieciom?
 
Oczywiście. Jak co roku w kościele pod wezwaniem św. Królowej Jadwigi w Bydgoszczy była msza święta, po niej różaniec. Modlitwa i za dzieci, i za ich rodziców, którzy z bólem po stracie dziecka będą zmagać się do końca życia. To poruszający widok, gdy do ołtarza idzie kilkadziesiąt kobiet i mężczyzn z zapalonymi świecami, aby uczcić pamięć swoich zmarłych dzieci. Czasami niosących więcej niż jedną.
 
Ty zapaliłaś dwie...
 
Tak, dla dwojga moich dzieci: Raczka i Dominika. Raczek to moje pierwsze dziecko utracone w ósmym tygodniu ciąży. Nie wiemy jakiej było płci. Raczkiem nazwały go moje dwie, małe wówczas córki. Dominik zmarł w 21 tygodniu ciąży. To trudne przeżycie spotęgowane zostało dodatkowo traumą szpitalną, czyli okolicznościami mojego pobytu na oddziale ginekologicznym szpitala w Złotowie, w którym stwierdzono martwą ciążę i gdzie "urodziłam" mojego synka w warunkach urągających ludzkiemu traktowaniu. Takich przeżyć łatwo się nie zapomina.
 
Nie wstydzisz się o nich mówić.
 
Nie wstydzę się, ponieważ utrata dziecka to nie jest powód do wstydu! Niestety, w naszym społeczeństwie wciąż pokutuje pogląd, że poronienie to nie jest temat do rozmowy. Kobietom zaleca się zapomnieć jak najszybciej o tym "przykrym incydencie". Trudno porozmawiać o tym otwarcie nawet w rodzinie, czy pośród przyjaciół. Tymczasem matka po stracie dziecka przeżywa rozpacz po nim bez względu na to czy zmarło na etapie ósmego tygodnia ciąży, czy starsze. I żałoba rodziców po nim nie musi różnić się od tej po śmierci dziecka chorującego na raka czy na skutek wypadku. Tej rozpaczy nie da się zmierzyć, oszacować czy porównać, że na przykład we wczesnej ciąży jest ona mniejsza, a potem większa. To są przeżycia indywidualne, ale równie intensywne. A zamiecenie problemu pod dywan niewiele pomaga. Zaognia tylko rany, które kobieta nosi w sercu do końca życia.
 
O poronieniu rozmawia się otwarcie niechętnie, bo cóż to za temat? Dywagowanie czy strzępy tkanek, które wypłynęły wraz z krwotokiem zasługują na imię i nazwisko, na pochówek i znicz na cmentarzu. Polska mieni się być wielką obrończynią ludzkiego życia od chwili poczęcia po naturalną śmierć. To wszystko górnolotnie brzmi w politycznych i światopoglądowych deklaracjach. Gdy jednak dochodzi do zderzenia z konkretną sytuacją śmierci dziecka, nagle okazuje się, że to nie jest już godny obywatel kraju, tylko kawał galarety o nieokreślonej płci, o który rozhisteryzowani rodzice robią denerwujący raban. Takie reakcje otoczenia przysparzają rodzicom dodatkowego bólu.
 
Twoje drugie poronienie dotyczyło już bardziej zaawansowanej ciąży.
 
Tak, dlatego przeszłam tak znane wielu roniącym kobietom piekło "martwego urodzenia". Mówię "piekło", gdyż tego, co często spotyka kobiety w takiej sytuacji, nie sposób nazwać inaczej. Począwszy od diagnozy po skurcze porodowe, czy łyżeczkowanie, rozpoczyna się traumatyczny proces. Kiedy podczas wakacji 2006 roku dostałam nieoczekiwanie krwotoku i koleżanka przywiozła mnie do najbliższego szpitala, najpierw kilka godzin musiałyśmy czekać, aż przyjmie mnie lekarz. Krwawię i modlę się, aby moje dziecko przeżyło, ale nikt nie zajmuje się mną w szpitalnej poczekalni, a podczas badania USG odrętwiała z przerażenia wysłuchuję żartów wymienianych między lekarzem a położną, która skrzętnie zapisuje niezrozumiałe dla mnie terminy medyczne. Z oszalałym biciem serca czekam na diagnozę, która brzmi: "Płód martwy w położeniu miednicowym", po czym lekarz wychodzi bez słowa.
 
Nie potrafię oddać dokładnie, co wtedy poczułam oprócz rozdzierającego bólu. Płakałam. Położna podała mi ligninę do wytarcia łez i pomogła przejść na oddział, gdzie oprócz mnie leżały kobiety czekające na zabiegi ginekologiczne i oczekujące narodzin swoich dzieci.
 
Następnego dnia dostałam środek na wywołanie porodu. Kilka godzin później przyszedł na świat mój martwy synek. Żałuję, że nie miałam odwagi go zobaczyć, ale za bardzo się bałam. Dopytywałam się o przyczyny jego śmierci i o możliwość pochówku, ale na moje nalegania położne wzruszały ramionami.
 
- Takich rzeczy się nie praktykuje - odpowiadały sucho.
 
Wierzyć się nie chcę, gdy się tego słucha …
 
Przyzwyczaiłam się, że zarówna moja historia, jak i historie setek innych kobiet, tak są odbierane. Z niedowierzaniem, sceptycyzmem, czasem pogardą. Że to po prostu niesmaczne i niestosowne. Opowiadam o tym przede wszystkim, aby wywołać społeczną dyskusję nad naszym stosunkiem do matki dziecka poronionego i nad nim samym. I żeby pokazać innym rodzicom po stracie, że nie są sami.
 
Poronienie zdarza się mniej więcej 100 razy każdego dnia. Czy to nie jest ważny problem społeczny? Tak jak trudności par z zajściem w ciążę, ale również liczne poronienia, uniemożliwiające doczekanie się zdrowego i żywego potomstwa. Zostałam w szpitalu, aby wywołano poród mojego martwego syna, bo co innego mogłam zrobić? Nie przyszło mi do głowy, że pobyt tam może być tak traumatyczny. Pamiętam, jak położna przychodziła do dziewczyny na sąsiednim łóżku i co dwie godziny badała tętno płodu. Bicie małego serduszka roznosiło się po sali. To była dla mnie straszna tortura. Słyszeć to bicie i wiedzieć, że dziecko, które ja noszę pod sercem już nie żyje … Uciekałam w najdalszy kąt korytarza, żeby tego nie słyszeć. Z każdym moim pytaniem o możliwość pochowania dziecka albo czy naprawdę muszę je urodzić na sali pełnej pacjentek, traktowano mnie jak histeryczkę, chociaż płakałam jedynie cicho w poduszkę. Przez te kilka lat sytuacja w wielu szpitalach poprawiła się, ale nadal zdarza się, że oszołomionym matkom podaje się dziesiątki papierów do podpisu, jak choćby ten, że rezygnują z roszczeń o wydanie ciała dziecka. W takim trudnym momencie życia kobieta ma natychmiast podjąć decyzję, a bywa, że naciska się na nią, żeby nie wydziwiała z prośbą o wydanie ciała czy wypis karty zgonu, "bo tego się nie praktykuje", skomplikuje sprawę szpitalowi i sobie samej, narażając przy tym rodzinę na koszty. Pełna świadomość straty dociera do nas dopiero, gdy minie szok pierwszych dni. Pojawia się poczucie, że utraciło się dziecko bezpowrotnie, że to nie był koszmarny sen. Ból jest wówczas niewyobrażalny. Ból psychiczny, ale i ból obolałego ciała, gdy organizm wciąż pełen jest hormonów ciążowych. W piersiach może już pojawić się mleko, z którym teraz niewiadomo co zrobić.
Od lat działasz w Stowarzyszeniu Rodziców po Poronieniu. Z jakimi problemami zmagacie się najczęściej? Co pozostaje przyczynkiem do najgorętszych dyskusji w środowisku rodziców dotkniętych stratą dziecka?
 
Problemów jest mnóstwo: począwszy od tych natury psychologicznej, jak wspierać kobiety i rodziny zmagające się ze stratą dziecka, po czysto prawne regulacje. Rodzice korzystają z naszego wsparcia w przeżywaniu żałoby, ale najwięcej telefonów odbieramy z prośbą o pomoc w uzyskaniu ze szpitala dokumentów niezbędnych do zarejestrowania dziecka i pochowania go. Mimo, że rozporządzenia ministerialne mówią, że bez względu na czas trwania ciąży ciało dziecka powinno być po śmierci traktowane z godnością, nadal tak nie jest. I zdaje się, że będzie to jeszcze bardziej skomplikowane.
 
Od 2015 roku wchodzi w życie nowa ustawa prawna o aktach stanu cywilnego. Kwestię martwych urodzeń będzie w niej regulował artykuł 53. Jest w nim punkt w którym stwierdza się: "Karta martwego urodzenia zawiera dane wymagane w karcie urodzenia oraz informację, że dziecko urodziło się martwe. Kartę martwego urodzenia przekazuje się kierownikowi urzędu stanu cywilnego w terminie jednego dnia od dnia jej sporządzenia. Jeżeli nie jest możliwe ustalenie płci dziecka karty martwego urodzenia nie przekazuje się".
 
Co ten zapis będzie oznaczał w praktyce? Że szpitale uzyskają tym samym możliwość rezygnacji z niewygodnej procedury wydawania karty martwego urodzenia, która jest niezbędna do zarejestrowania dziecka w USC. Już teraz nagminnie oszukuje się rodziców, że przepisy zabraniają wystawienia pisemnego zgłoszenia dziecka w ciążach poniżej któregoś tygodnia, a często zdarza się nawet, że nie stwierdzono jego tkanek w materiale poronnym! Jak to?, dopytują rodzice. Moja żona poroniła, a lekarz w badaniu histopatologicznym nie dopatrzył się dziecka? To gdzie ono jest? Zniknęło? Prawda tymczasem jest taka, że tkanki dziecka wcale nie muszą być do takiego badania wysyłane. No i wiele zależy od staranności pracy lekarza, który ma przecież za zadanie zbadać tkankę kosmówki, a tkanki kilkumilimetrowego dziecka niekoniecznie już go interesują … Inna sprawa, że przecież każdy wie, że to dziecko nie rozproszyło się jak mgła. W takim razie, co się z nim stało? Ano - dochodzi do wniosku przerażony rodzic - pewnie zostało zutylizowane wraz z innymi odpadami szpitalnymi.
 
Kuriozalna jest również kwestia ustalenia płci, a właściwie niemożności jej ustalenia. Tym samym martwy obywatel Polski, u którego nie sposób było stwierdzić, czy miał męskie, czy żeńskie organy płciowe, nie zasługuje na godność obywatela. Jest niezidentyfikowany pod względem płci, jest więc nikim i nie ma prawa nawet do własnego imienia. Poza tym, co oznacza sformułowanie „jeżeli nie można ustalić płci”? Prawie zawsze da się ją ustalić wykonując badania cytogenetyczne fragmentu kosmówki. Niestety, ten zapis nie oznacza, że przy każdym poronieniu szpital będzie odpowiedzialny za pobranie jej i wykonanie badania określającego płeć. Nadal to rodzice będą musieli walczyć o to, żeby ciało ich dziecka nie zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach i sami będą musieli ponieść koszty badań.
 
Już teraz zdeterminowanym rodzicom wydaje się pisemne zgłoszenie urodzenia dziecka pod warunkiem, że badania sfinansują z własnej kieszeni, a to koszt od 350 do 1500 złotych, zależnie od cennika szpitala. W obliczu takiej presji, wielu rodziców zmuszonych jest zrezygnować, borykając się potem z wyrzutami sumienia, że odpuścili, pozbawiając tym samym własne potomstwo przynależnej mu tożsamości i nie dopełnili wobec własnego dziecka podstawowej powinności: nie zadbali o godne pochowanie jego ciała.
 
Różnie sobie potem z tym radzą. Psycholożka, z której porad korzystałam po stracie swoich dzieci opowiadała mi, że do jej gabinetu trafiają kobiety po 50-tym, a nawet 60-roku życia z uśpionym dotąd bólem po stracie. On nieoczekiwanie ożywa, gdy poronienie dotyka np. córkę czy synową. Jego siła jest wtedy szalenie destruktywna. Pojawia się depresja, myśli samobójcze. To nie są historyjki wyssane z palca, które można opatrzyć komentarzem „No, wierzyć się nie chce ...”. To konkretne sytuacje z życia. Każda strata dziecka implikuje cierpienie nie tylko matki, ale i innych bliskich osób z otoczenia.
 
W niektórych szpitalach praktykuje się pochówek dzieci martwo urodzonych w zbiorowym grobie. To ciała dzieci, których rodzice nie chcieli odebrać.
 
Nie chcieli albo nie mogli. Czasem to jest zbyt duże wyzwanie, żeby organizować pogrzeb własnemu dziecku. Na szczęście w wielu miastach szpitale, gminy i księża zaczęli dbać, by ciała zmarłych dzieci były traktowane zgodnie z prawem. Co kilka miesięcy odbywa się zbiorowy pogrzeb dzieci i rodzice dokładnie wiedzą, gdzie pochowano ich maluszka. Mają dokąd pójść zapalić znicz.
 
To irytujące, gdy roniąc w jednym szpitalu można być potraktowanym z szacunkiem, można pochować dziecko i uzyskać wszystkie potrzebne dokumenty, ale w szpitalu w drugim mieście, czy na sąsiedniej ulicy już nie. Gdy jeden lekarz bez problemu wypisze pisemne zgłoszenie urodzenia dziecka, drugi, z sąsiedniej ulicy, tego już nie uczyni, oskarżając przy tym pacjentkę o fanaberie albo zmuszanie do łamania prawa. Za to łamać prawa rodziców po stracie dziecka można już bez żadnych konsekwencji?
 
W Stowarzyszeniu organizujemy warsztaty, grupy wsparcia i szkolenia dla lekarzy, położnych i również dla kapłanów, bo przecież i oni odgrywają ważną rolę w tym łańcuszku zdarzeń. Powinny już obowiązywać pewne standardy.
 
Twoje dzieci mają grób na cmentarzu?
 
Mają, jednak nie ma tam ich ciał, a jedynie kostki parafinowe, które pozostały z badań histopatologicznych. Po narodzinach naszego syna okłamano nas w szpitalu, że nie możemy go pochować. Ale bardzo brakowało mi takiego miejsca. I zawsze już będę sobie wyrzucać, że nie wiem co naprawdę stało się z ich ciałami.
 
Proces wydobycia ich tkanek z zakładów badań histopatologicznych oraz ich pochówek, to oddzielny temat. Teraz, dzięki Bogu, mamy gdzie chodzić zapalić znicz, cieszę się dobierając wiosną kwiaty, które tam sadzę albo  wymyślam co przyniesiemy im na święta albo Dzień Dziecka. Dopiero pochowanie dzieci pozwoliło mi domknąć w pewnym sensie proces żałoby po nich. Ich grób przyniósł mi ukojenie. Brzmi strasznie? Proszę zapytać każdego, kto boryka się ze śmiercią ukochanej osoby, a której pamięci nie może uczcić, bo niewiadomo, co się stało z jej ciałem. To jest dodatkowe cierpienie.
 
Tekst: Joanna Weyna-Szczepańska
 
źródło: http://www.medonet.pl/