Czerwcowe Lilie
 
Czerwcowe lilie kojarzyły mi się zawsze z moją ukochaną ciocią Wierą. Zarastają jej ogród łanami, gdy kołyszą się na wietrze przypominają stada pomarańczowo złocistych motyli :) Teraz czerwcowe lilie kojarzą mi się też z naszą Nastką. Zaczęła się nam w czasie, gdy rozkwitały pierwsze pąki. 
 
Teraz czerwcowe lilie kojarzą mi się też z naszą Nastką. Zaczęła się nam w czasie, gdy rozkwitały pierwsze pąki. W czasie "być może" - gdy już wiedziałam, że miesiączka spóźnia się kilka dni, ale jeszcze nie zrobiłam testu - niemal cały dzień robiłam zdjęcia czerwcowych lilii. Potem codziennie, gdy mijałam lilie rosnące przy wejściu do naszej klatki, uśmiechałam się i do Maleństwa, które zamieszkało pod moim sercem. Gdy wróciłam ze szpitala już bez Nastki, wśród pożółkniętych suchych łodyg były już tylko ostatnie zasychające kwiaty. A ja tak pożółkła, sucha czułam się bez tej malutkiej iskierki życia pod moim sercem.
 
Pamiętam jak bardzo zdziwiona byłam, gdy ciocia któregoś razu powiedziała, że każdy kwiat rozchyla się o poranku, kwitnie przez cały dzień, a wieczorem stula się i to już koniec jego życia...
Tak jak moje dzieci... choć w porównaniu z czasem Nastki, która ledwie musnęła nas swoim pojawieniem się, czas Teo był niemal całą epoką.
Tak jak nasze wszystkie dzieci, które jak to ktoś kiedyś powiedział odeszły o całe życie za wcześnie.
 
W moim wewnętrznym kalendarzu już od sześciu lat oprócz zimowego i letniego przesilenia jest jeszcze lipcowe przesilenie.
Czas między 15 a 22 lipca - czas kiedy urodził się Teo, walczył o życie, poleciał jak strzała w wieczność, a my złożyliśmy malutką białą trumienkę do grobu.
W zeszłym roku ten czas nabrał dodatkowego wymiaru - gdy w dzień urodzin Teo trafiłam z krwawieniem do szpitala, a dwa dni później Nastka dołączyła do Teo.
W tym roku te dni były przepełnione zadziwiającym spokojem, "wdzięcznością, która przemienia ból wspomnienia w cichą radość"...
 
Tak inna jest strata Nastki...
 
''Strata tak ulotna jak kwiatów lęki
przed kroplami deszczu majowego
taki chłód i czułość twego snu wiecznego
co rani na wieki"
J.W.F. Werumeus Buning
 
Tak inny był czas żałoby po Nastce, jeszcze w szpitalu byłam w kontakcie z terapeutą, który towarzyszył mi po śmierci Teo (po śmierci Teo przez trzy miesiące próbowałam być dzielną i brałam się w garść, aż mój organizm w końcu powiedział dość i przestałam spać).
W czasie Teo bardzo mocno poraniłam się w kontaktach ze środowiskiem medycznym, pobyt w szpitalu w czasie Nastki był przez to jeszcze trudniejszy, ale dzięki dwójce lekarzy, którzy byli ze mną, gdy się okazało, że Nastki już z nami nie ma, mam wrażenie, że coś bardzo ważnego się uzdrowiło... choć niestety duża tego była cena.
Ważne okazało się, że dostałam do wypełnienia ankietę oceniającą jakość opieki na oddziale... przez przypadek (tak myślę ) bo inne dziewczyny po poronieniu nie dostawały... mogłam wywalić cała frustrację, rozczarowanie, żal, które mi się nagromadziły w czasie pobytu w szpitalu, to było niezwykle uwalniające.
 
Po odejściu Nastki miałam w sobie dużo większą łagodność dla samej siebie, zgodę na ból, na to, że żałoba, gojenie potrzebuje czasu. I choć oczywiście były chwile kryzysu, więcej było we mnie zaufania, że najtrudniejszy czas przerażającej pustki i beznadziei, szalejących, przytłaczających uczuć minie. Cierpliwie uczyłam się nowej siebie, nowych nas, jeszcze innego wymiaru macierzyństwa bez kolejnego dziecka obok mnie, które pojawiło się powołane na świat przez nas, ale przecież nie dla nas... i tak szybko wyruszyło swoją drogą...
 
Przypominają mi się słowa Joanny Woźniczko - Czeczott, które jakiś czas temu czytałam
 
"Czy jestem matką spełnioną?
Spełnioną aż przepełnioną.
To, co się przepełniło ulałam.
I wypełniam misę (misję) dalej."
 
Ciągle zdarzają się dni, gdy tęsknota rozrywa serce w kawałki, ciągle od nowa je z tych kawałków zszywam nicią utkaną ze wspomnień, wdzięczności, nadziei na spotkanie, miłości silniejszej niż śmierć...
 
Mimo, że już więcej we mnie zgody na to, że Bóg nie odebrał, tylko podarował, a potem przyjął do siebie... to ta zgoda nie jest po prostu taka ze mnie albo dostana z góry, tylko wywalczona - dzień po dniu, rok po roku. Ciągle zdarza mi się kłócić z Bogiem, mieć z nim "ciche dni" - przynajmniej z mojej strony ;)
Odnajduję się w słowach z książki, którą przyniosła mi rok temu przyjaciółka tuż po moim powrocie ze szpitala:
 
"Aby to wyrazić , niektórzy zwracają się ku niebu mówiąc:
 
"Nie wiem, gdzie byłeś . Nie wiem, dlaczego, to, co przeżywam jest takie trudne dla mnie. A mimo to, wśród tych ciemności wierzę, że Ty naprawdę jesteś ze mną".
 
Albo:" Nie wiem, gdzie jesteś. Trudno mi uwierzyć, że jesteś tu, ale mam nadzieję, że mnie nie opuściłeś".
 
Albo: " Nie wiem, gdzie jesteś. Trudno mi uwierzyć, że jesteś tutaj. Nie mam już żadnej nadziei, ale ze wszystkich sił próbuję kochać tych, którzy mnie otaczają w tych ciemnościach, w których się znalazłem".
 
A może : "Twoje istnienie jest skandalem, a Twoje milczenie przyznaniem się do tego. Ale kimkolwiek jesteś, chciałbym Ci powiedzieć, że chcę żyć. I sądzę, że zrobię w tym celu wszystko".
 
Albo wreszcie: "Nie wiem, gdzie przebywasz, Nie wierzę już, że jesteś tutaj. Nie mam już siły podtrzymywać w sobie nadziei ani kochać tych, którzy mnie otaczają. Ale całą resztką moich sił pragnę, aby moje puste ręce mogły pewnego dnia na nowo zwrócić się ku tym, którzy są ze mną i kto wie, może także ku Tobie"
"Gdzie jesteś, gdy cierpię" B.Lebouche, A.Lecu
 
I co dzień widzę, jakim darem jest możliwość świadomego przeżycia każdego etapu żałoby, przepracowania straty krok po kroku.
Jakim błogosławieństwem są ludzie, którzy w tym pomagają - słuchają bez osądzania, pouczania, towarzyszą.
Nawet jeśli to kilka osób w całym tłumie obojętności czy bezradności, unikania trudnych spraw.
Nawet jeśli wielu z nich to autorzy książek, którzy przeszli przez krainę żałoby albo towarzyszą innym w tej wędrówce...
 
Dzisiaj... przyszło zmęczenie, jak to z wiersza Anny Kamieńskiej
 
"Rozstanie to tylko tyle
nie tak straszne jak się wydaje
potem jest wielkie zmęczenie
jakby serce niosło samotność nie na swoją miarę"
 
I te zbolałe i umęczone serce potrzebuję dzisiaj ogrzać Waszą obecnością, nawet taką milczącą, bez słów, bez odpowiedzi... 
Ania, mama Teo (*15.07.2008 +20.07.2008) i Anastazji (7tc, +17.07.2013)
 
\
  plakat 2