Wojtuś

Kasia Dorsz włącz .

swiatelkoOdeszłeś zbyt szybko... o całe życie za wcześnieswiatelko2

Dzisiaj miałbyś skończone 9 dni a ja byłabym mamą najszczęśliwszą na świecie mogąc tulić swojego syna do piersi.

Jednak Bóg chciał inaczej... nie mogę zrozumieć czemu i chyba nigdy tego nie pojmę.

Została mi szafa pełna ciuszków których nigdy Ci nie założe, wózek w którym nigdy nie pojedziesz na spacerek, buteleczka z której nigdy się nie napijesz. Została rana na ciele która się zagoi i ta w sercu która nigdy się nie zabliźni.

W maju 2007roku zrobiłam test ciążowy. Byłam w 7 niebie kiedy zobaczyłam po chwili drugą różową kreseczkę - nowe życie we mnie. Powiedziałam mężowi który też bardzo się ucieszył. Bardzo chcieliśmy dzidziusia, a nasz starszy syn (6,5l) bardzo czekał na rodzeństwo.

Przez 9 miesięcy wszystko było dobrze a ja czekałam na dzień w którym ujrze mojego synka, na moment w którym położą mi go na brzuch.

Ciąża nie była zagrożona, ja czułam się dobrze pomijając bóle w pachwinach. Wyniki badań miałam zawsze dobre, robione w terminie tak samo USG. Słyszeliśmy że z maluchem wszystko dobrze i że się rozwija rośnie. Badań genetycznych nie robiłam żadnych, nie byłam na nie skierowana biorąc pod uwage mój wiek 23 lata i to że pierwszy syn zdrowy nikt chyba włącznie ze mną nie podejrzewał, że coś mogłby się stać, że coś może być nie tak.

28 stycznia 2008 ostatnia wizyta u mojej ginekolog. Wszystko standardowo. Zmierzone ciśnienie waga. Sprawdzenie tętna dziecka wszystko dobrze. Za 2 dni mijał termin porodu, szyjka skrócona i wygładzona gotowa do porodu dzidzia główką w dół... tyle że wysoko nie wstawiona w kanał. Pani dr powiedziała żeby poczekać na skurcze które zepchną małego w dół, żeby aukcja porodowa się nie zatrzymała bo narazie niunio wysoko. W dniu terminu porodu zaleciła KTG w szpitalu.

30 stycznia 2008 roku wstałam jak co dzień, umyłam się i nawet umalowałam troszkę. Pojechałyśmy z moją mamą na KTG. Lekarz stwierdził, że są warunki do porodu i że będę rodziła dzisiaj. Że nie ma co wydłużać bo dziecko donoszone. Powiem szczerze, nie byłam na to przygotowana psychicznie, choć spakowana do szpitala byłam od 2 tygodni. Zostałam...

Zaproszono mnie na trakt porodowy zrobiono KTG i zaczęto podawać oxytocyne na wywołanie skurczy. Mama była cały czas przy mnie. Leżałam i chodziłam i tak w kółko jednak nie bardzo mnie brało. Jedynie przy leżeniu czułam skurcze nienajmocniejsze ale zawsze. I tak po 5h z kroplówką nic się nie zadziało. Dzidzia nie chciała wyjść nie chciała opuścić mamy. Poszłam więc spać na oddz. patologii ciąży i jeszcze przed spanie zrobiono nam KTG. Skurczy zero a tętno małego skakało miarowo 134..135...137..134...  usnęliśmy...

Pobudka 31 stycznia 08. Przychodzi pielęgniarka i mówi że zaprasza mnie na kroplówkę, kazała się spakować. Poszlam sie umyłam, spakowałam czekam.... idziemy na porodówkę znowu KTG i oxytocyna. O 9.00 przychodzi pani dr. i przebija pęcherz płodowy. Od tego momentu wszystko potoczyło sie szybciej niż kiedykolwiek myślalam, i skończyło tak jak w najgorszych snach mi się nie śniło. Zaczęły się skurcze, ok 10 skurczy ale do zniesienia. Po 10.20 zaczęły się już te mocniejsze wobec których chce się po prostu wyć do księżyca. Ostatni krzyk usłyszała położna, przyszła i sprawdziła rozwarcie. Powiedziała TO RODZIMY. Ja zdziwiona, że tak szybko pytam pełne rozwarcie? A ona: TAK. Zawołała ekipe do porodu i powiedziała jaki i kiedy przeć. Ból był ale myslalam wtedy o moich synkach. Nie było łatwo okazało się że bobas był duży. Moja mama z racji że jest pielęgniarką była przy porodzie. 3-4 skurcze parte i położna wyjęła małego z mojego brzuszka. Położyła go na mnie takiego brudnego było tak jak chciałam jak sobie wymarzyłam leżał krzywił się miał wszystko na swoim miejscu. Pogładziłam go po czułku i uszku. Po chwili podniesiono go i pokazano. To chłopczyk. Zabrali go do mycia ważenia i mierzenia. Moja mama poszla z malutkim. Ja zostałam do zszywania na łóżku. Po krótkim czasie przyszla jedna z pań dr i powiedziała że mały ma 60cm długości i 4800g wagi. Byłam zdumiona że dałam radę. Od tego momentu wszystko działo się tak szybko... i nie tak miało się skończyć. Przyszła moja mama mówi Kasiu kładziemy malutkiego do cieplarki bo nie może się zaróżowić jest zmęczony. Kilkanaście minut później kolejna wiadomość Kasiu Wojtuś musi być zawieziony do Warszawy do szpitala coś jest nie tak pobiora ci krew bo musi jechać z krwią matki. Moje szczęście zaczeło obsuwać się w przepaść a ja pytałam Boga DLACZEGO ?? Kolejna wiadomość : Maly dostał mocne leki lekrze go reanimują coś jest nie tak z serduszkiem. Nastepna i ostatnia wiadomość KASIU WOJTUŚ NIE ŻYJE ;( Moje Słońce na które czekałam wzeszło o 10.40  a zgasło o 11:50.  To co przeżyłam i to co czułam i czuje nadal wie chyba tylko matka która musiała pochować swoje dziecko tak jak ja.. tak jak my. Sekcja wykazała stenoze aortalną, wadę serca które miało zwęzoną aortę i powiekszone serce które nie miało siły pracować samo.

Zamiast grzechotki musielismy kupić małą białą trumienke, wieniec i miejsce na cmentarzu .

Ból rodziców po stracie dziecka jest straszny.

Pytanie DLACZEGO ? Zostanie chyba na zawsze bez odpowiedzi...