dlaczego.org.pl  
Forum dlaczego.org.pl  >> STRATA DZIECKA
You are not logged in       

Mój Aniołek OluśHits: 4826
Ania E.  
19-11-2014 09:20
[     ]
     
Witam wszystkich forumowiczów. Chciałam się przywitać i opisać naszą historię…będzie ona długa, ale nie umiem jej skrócić, wszystko co się wydarzyło jest dla mnie bardzo ważne. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto przeczyta ją w całości…
Na początku maja 2014 roku dowiedziałam się, że jestem w swojej pierwszej ciąży. Bardzo się cieszyłam zarówno ja jak i mój mąż. Oczywiście pojawił się też niepokój jak to wszystko będzie, czy będę mogła pracować czy będziemy dobrymi rodzicami itp. Ale uczucie szczęścia przewyższało wszystko umówiłam się do ginekologa by potwierdzić ciążę. Pierwsza wizyta odbyła się w 5 tygodniu ciąży był widoczny pęcherzyk, ale jeszcze nie było widać serduszka. Natomiast pani doktor powiedziała, że mam krwiak na macicy i przepisała mi duphaston, zmartwiłam się, pierwsza wizyta i już złe wieści…niestety później było tylko gorzej…kolejna wizyta po tygodniu, jest serduszko! Cały czas widać krwiak, mam przyjść znów za tydzień aby go kontrolować. Po kolejnym tygodniu krwiak nie zniknął, ale widać, że się organizuje. Cieszę się. Ale Panią doktor coś niepokoi – moim zdaniem serce bije za wolno, nie wiem czy ciąża rozwija się prawidłowo…poczułam ogromny lęk. To niemożliwe – pomyślałam jednocześnie płacząc…wróciłam do pracy zapłakana, wytłumaczyłam co jest powodem moich łez. Koleżanki poleciły, abym skonsultowała się z innym lekarzem. Dostałam kontakt do lekarza, do którego chodzi siostra koleżanki. Od razu zadzwoniłam wytłumaczyłam o co chodzi i pan doktor kazał przyjechać jak tylko skończę pracę. Pojechaliśmy z mężem pełni nadziei, ale i strachu o nasze maleństwo…jesteśmy, pan doktor robi usg…po chwili mówi, serce bije prawidłowo. Ufff co za ulga! Być może tamto usg było frelne. Najważniejsze, że kruszynka ma się dobrze. Kolejna wizyta za dwa tygodnie z powodu krwiaka. Po dwóch tygodniach krwiak się wchłonął. Znów kamień z serca. Ale pan doktor mówi, że widzi „przegrodę” w macicy (być może po łyżeczkowaniu sprzed roku, miałam złe wyniki cytologii i skierowano mnie na pobranie wycinków) ale nie mam się tym przejmować. Nasze maleństwo już ma główkę, rączki i nóżki Następna wizyta po miesiącu w 13 tygodniu ciąży, badanie prenatalne. Nie mogłam się doczekać, czytałam w internecie co rozwija się w poszczególnych tygodniach ciąży i wszystkim opowiadałam co moje maleństwo już ma Oglądałam swój brzuch, już się ładnie zaokrąglał, bardzo mnie to cieszyło. Odliczałam dni do wizyty u lekarza. Był gorący lipcowy dzień, poniedziałek, jedziemy z mężem na wizytę, uradowani, że zobaczymy nasze dzieciątko, które powinno już wyglądać jak mały człowieczek. Wchodzimy do gabinetu najpierw badanie ginekologiczne – wszystko dobrze szyjka długa, ujście zamknięte, pobranie cytologii. W końcu USG, pan doktor przykłada głowicę, widzę mojego skarba, ale coś mi się nie podoba…pan doktor chwile milczy i po chwili mówi: „przykro mi ale dzieciątko ma wadę” oblewa mnie zimny pot, zakrywam oczy i płacze…pan doktor wykonuje dalej badanie. Wysoka przyzierność karku 3,4mm, wada zastawki trójdzielnej serduszka – fala wsteczna, zwiększone ryzyko chorób genetycznych i megacistis czyli pęcherz moczowy olbrzymi. Moje dziecko nie może samo siusiać, przyczyną najprawdopodobniej jest zastawka cewki tylnej. Pan doktor wytłumaczył nam, że to poważna wada, która prowadzi do bezwodzia, co dla dziecka jest oczywiście zabójcze. Wówczas jeszcze wód miałam w normie. Pan doktor zalecił, abym skonsultowała się jeszcze z innym lekarzem i zaprosił na wizytę za tydzień. Wyszliśmy, ja zaryczana, przerażona…jak to powiedzieć naszym rodzicom, którzy tak cieszyli się z pierwszego wnuczka lub wnuczki…obu mamom wszystko opowiedział mój mąż, ja ciągle płakałam. Zaraz po powrocie do domu poszłam do kościoła. Bardzo płakałam i błagałam Boga, aby uzdrowił nasze maleństwo. Nie wierzyłam, że jest chore bo niby dlaczego? Ja nie piję alkoholu nawet okazjonalnie, papierosa nawet jednego nie zapaliłam, zdrowo się odżywiam, uprawiam sport na nic nie choruje więc co zrobiłam źle? Poczucie bezradności targało mną ogromnie. Dzwoni teściowa, że ma klientkę, która jest profesorem w szpitalu na Polnej i że postara się załatwić mi wizytę. Kolejnego dnia wieczorem byłam przyjęta. Cały czas miałam nadzieję, że to pomyłka, że może maluszek akurat nie zrobił siusiu i dlatego taka diagnoza…niestety pani profesor potwierdziła – megacistis…
Dostałam skierowanie do szpitala na najbliższy poniedziałek. Miałam mieć wykonaną amniopunkcję, aby wykluczyć chorobę genetyczną. Jeśli nie będzie choroby genetycznej można leczyć nasze dziecko. Jest jakieś światełko w tunelu…
Trafiam do szpitala, bardzo się denerwuje, trzęsę się jak galareta. Jestem przyjęta, badanie i czekanie do następnego dnia na amniopunkcję. Godzę się na płatne przyspieszone badanie Rapid fish, które daje wynik już po tygodniu. Amniopunkcja nie jest zbyt przyjemna, ale zaciskam zęby, wszystko dla mojego skarba. Na następny dzień rano wychodzę do domu. Tydzień oczekiwania czy nasze dziecko dostanie szanse na życie…
Nadszedł ten dzień…dzwonię serce wali jak młotem, przedstawiam się i pytam o wyniki testu rapid fish. Pani w słuchawce na chwile milknie i po chwili słyszę: „kariotyp prawidłowy męski” jak dobrze! Już dawno mieliśmy wybrane imię - Oluś, nasz synek. Po chwili znów chwytam za telefon i dzwonię do pani profesor. Nie odbiera – na pewno jest zajęta. Po kilku minutach dzwoni do mnie, nie musiałam mówić jaki jest wynik wszystko wiedziała. Miałam nadzieję, że pójdę do szpitala od razu, niestety musiałam czekać do następnego tygodnia…Bałam się, że uciekają cenne dni, które decydowały o życiu naszego synka. Ale nic nie mogłam zrobić…Modliłam się bardzo dużo, wierzyłam, że to pomoże.
Trafiam do szpitala. Jest poniedziałek . W środę planowo miałam mieć operację wewnątrzmaciczną, najpierw uzupełnienie wód (było ich coraz mniej) następnie założenie shuntu pęcherzowo owodniowego, aby mocz z pęcherza moczowego przedostawał się do worka owodniowego. Niestety okazało się, że najpierw Oluś musi mieć zrobioną punkcję pęcherza moczowego i pobrany mocz do badań, które powiedzą czy nerki jeszcze funkcjonują i czy jest w ogóle sens zakładania cewnika. Poza tym usłyszałam od lekarza, że mały ma mniej niż 5% szans na przeżycie. Jak to? Przecież ja już szłam na operacje, miałam ją mieć za dwa dni! W środę zamiast operacji mam punkcję, nie liczy się mój ból, oni kłują moje dziecko…kochanie to dla Twojego dobra, przepraszam…zaraz po zabiegu poczułam pierwsze ruchy mojego szkraba, takie łaskotanie jak skrzydełka motyla, cudowne, to był 17 tydzień ciąży. Czekamy na wyniki, są, złe, ale mogą być przekłamane bo mocz długo zalegał w pęcherzu. Kolejna punkcja…znów czekamy…wyniki lepsze, ale na pograniczu, lekarze podejmują decyzję. Możemy spróbować założyć shunt. Czy ja się godzę? Oczywiście nie widzę innej opcji. Jest ryzyko, zakażenie, poronienie…i żadnej gwarancji, że operacja pomoże, dziecko i tak może umrzeć lub urodzić się chore. Nie mogę postapić inaczej, bo Oluś będzię bez szans. Ostatecznie w kolejną środę mam operację, wiem, że będzie bardzo trudna, może się nawet nie udać założyć tego cewnika. Bardzo się boję…mam duże wsparcie mąż, rodzina, przyjaciele.
Dzień przed operacja na noc dostaje relanium, żebym dobrze spała. Rano budzę się i czuję zdenerwowanie. Położne przygotowują mnie do operacji. Dostaje głupiego jasia potem jadę na blok operacyjny. Dygoczę ze strachu. Cały czas myślałam, że dostanę narkozę, a dostałam znieczulenie w kręgosłup. Chciałam spać, nie chciałam tego wszystkiego słyszeć. Pani anestezjolog powiedziała, że dostanę jakieś środki i zasnę. Na początku wszystko słyszałam, potem chyba zasnęłam bo myślałam, że operacja trwała znacznie krócej około 40 min a trwała 1,5 h. leżałam na sali pooperacyjnej i nie wiedziałam czy się udało, ale skoro nikt do mnie nie przyszedł i nie powiedział, że cos poszło nie tak to może jest dobrze…Wracam na oddział i po twarzach położnych widzę, że jest dobrze. Przychodzi lekarz, operacja się udała! Było bardzo trudno, ale się udało! Cud! Boże, dziękuję! Na drugi dzień USG, sprawdzenie czy cewnik działa. Tak, pęcherz moczowy normalnych rozmiarów, wody płodowe w normie. Cudownie! Idę do domu, jestem obolała w końcu ładnie mnie podziurawili, 8 nakłuć, 4 mniejsze i 4 większe. Nie ważne, oby tylko Oluś nie cierpiał… Mąż zabiera mnie do domu. Za dwa tygodnie kontrola w szpitalu. Znów przyjęcie na oddział i strach, ale czułam, że jest dobrze młody fikał dość często, ja też czułam się dobrze. W końcu mam USG najpierw bada mnie pani profesor. Z cewnikiem okey, działa tylko niepokojące są powiększone nerki i moczowody. Mam czekać jeszcze na USG przeprowadzone przez doktora, który nas operował. W końcu mnie zbadał, był bardzo zadowolony z efektów operacji, tylko te nerki…trzeba czekać. Kontrola znów za dwa tygodnie u pani profesor już w gabinecie nie w szpitalu –ulga. I potem za kolejne dwa już w szpitalu. Z mężem byliśmy bardzo szczęśliwi z lżejszym sercem wróciliśmy do domu.
5 wrzesień wizyta u Pani profesor, znów strach…to już 22 tydzień. USG, cewnik działa, nerki są już mniejsze jest lepiej niż było! – dzięki Bogu! Oluś machał rączką do nas, piękny widok buzie nam się śmiały. Obdzwoniliśmy rodziców i przyjaciół, rozesłaliśmy zdjęcie główki Olka. Spokojna położyłam się spać…w nocy obudziłam się około 3 z uczuciem wilgoci…wstałam, aby sprawdzić co się dzieje i…wody poleciały mi po nogach…nie tylko nie to!!!Krzyczę do męża „wody mi odchodzą dzwoń po karetkę!” Byliśmy przerażeni, ja się położyłam i czekałam na przyjazd karetki trzęsąc się ze strachu…myślałam, że to koniec, że zaczął się poród…ale na szczęście nie, po dwóch dniach przestały mi się sączyć wody, ich ilość mieściła się w granicach normy co zdziwiło mojego lekarza…bo przy megacistis mimo założenia szantu wód zawsze jest mniej a ja miałam ich dużo, a przecież mi wylatywały. Podejrzenie padło na niedrożność układu pokarmowego, znów cos…objaw podwójnej banki żołądka dał lekarzom do myślenia. Po 6 dniach zostałam wypisana do domu. Ale nie miałam zrobionego testu na obecność wód płodowych. Na wypisie napisano „ podejrzenie przedwczesnego pęknięcia pęcherza płodowego”. Codziennie bałam się, że znów coś mi poleci ciągle biegałam do łazienki żeby sprawdzać, to była już paranoja…kupowałam testy ph i sprawdzałam czy jest kwaśne, cały czas było ok, ale ja czułam niepokój…nie bez potrzeby…przed planowanym przyjęciem do szpitala byłam trzy razu u innych lekarzy, pierwszy raz w sumie tylko po skierowanie na crp bo musiałam kontrolować przy ewentualnym pęknięciu błon. I Pani doktor chciała jeszcze zrobić usg po tym jak opowiedziałam jej w skrócie historie ciąży. Mało wód AFI 2 a dwa dni temu w szpitalu AFI 7. Kazała w następnym tygodniu udać się na Polną…zaniepokojona poszłam, lekarz mnie zbadał powiedział, że jest obrzęk płodu i mało wód. Zdzwonił na mój oddział czy powinnam być przyjęta wcześniej, to było tydzień przed planowanym przyjęciem. Odpowiedź brzmiała nie. Znów było źle, ale nie wiedziałam w sumie co się stało, czy cewnik wypadł czy pogłębiała się ta niedrożność układu pokarmowego... Musiałam umówić się do lekarza, który pierwszy zdiagnozował megacistis u Olusia. Byłam u niego w poniedziałek a w czwartek 25 września miałam planowe przyjęcie do szpitala. Pan doktor rozpoczął USG…Cewnik wypadł!! Zero wód, płyn w jamie brzusznej, duży pęcherz. Jest bardzo źle! Nie, nie to niemożliwe! Powiedział, że szybsze pójście do szpitala nic nie zmieni…dał do zrozumienia, że to się źle skończy…znów rozpadłam się na tysiąc kawałków...
Nadszedł czwartek, piąty i ostatni pobyt w szpitalu. Bada mnie lekarz. Znów słyszę, cewnik wypadł. Myślę sobie wiem, zróbcie coś ratujcie moje dziecko! Wód nie mam wcale. Lekarze myślą co zrobić. Pytają czy miałam test na obecność wód płodowych, nie nie miałam. A tym samym nie wiedzieli czy te błony mi pękły czy nie. Przez to nie wiedzieli czy jest w ogóle sens wykonać amnioinfuzję. Ja chciałam spróbować. Pierwsza próba nieudana, podano 100ml płynu i małemu zaczęło spadać tętno, trzeba było przerwać zabieg. Na drugi dzień kolejna próba, udało się wymęczyli mnie strasznie bardzo bolało, ale cieszyłam się. Moja radość nie trwała długo… to co we mnie wlano zaczęło wypływać  źle się czułam…dostałam drgawek, pojawiła się gorączka i okropny ból brzucha. Dostałam zakażenia. CRP 89…Podano mi 3 różne antybiotyki, na szczęście zadziałały. Wody dalej odchodziły, aż w końcu pojawiła się krew…było pewne, że poród był kwestią czasu. Pani profesor zadecydowała, że nie będziemy tego hamować, ja też nie chciałam. Nie było już ratunku dla Olka, jedyna nadzieja w tym, że jak się urodzi to może lekarze cos zdziałają, bo w moim brzuchu skazany był na śmierć. To okropne uczucie, kiedy matka nie może uchronić swojego dziecka...skurcze miałam chyba przez tydzień, do tego czasu CRP spadło znacznie, ale cały czas antybiotyki dostawałam. Skurcze wieczorami nasilały się, dostawałam relanium i jakoś zasypiałam, rozwarcie miałam na 1cm, poród nie postępował…chciałam bardzo żeby się zaczęło bo wiedziałam, że to nieuniknione a miałam nadzieję, że dla Olka to jakaś szansa…8 października wieczorem znów skurcze przybrały na sile, podłączono mnie pod ktg. Podczas skurczy małemu spadało tętno. Wylądowałam na porodówce, wszystko bardzo szybko się działo. Lekarze zapytali czy chce podjąć próbę ratowania życia dziecka, bo musze zdawać sobie sprawę, że jest duże prawdopodobieństwo, że dziecko nie przeżyje…zgodziłam się oczywiście. Bardzo niemiła lekarka powiadomiła mnie, że mogę stracić macicę ze względu na przebyte zakażenie. To mnie dobiło, wpadłam w histerię ze strachu o Olusia i tym razem też o siebie…zdążyłam zadzwonić do męża i po chwili leżałam już na stole trzęsąc się jak osika. Cesarka była straszna, nie wiem czy znieczulenie nie zdążyło zadziałać, ale ból był okropny, krzyczałam, że bardzo mnie boli. Anestezjolog powiedział, że niestety ale będę czuła. Tylko, że to był ból…myślałam, że zemdleję, nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Dostałam tlen i było już lepiej. Po chwili ktoś zapytał czy chcę zobaczyć dziecko, powiedziałam, że tak położna pokazała mi Olusia z daleka, że nie mogłam mu się przyjrzeć trwało to może dwie sekundy i go zabrali. Zapytano mnie o imię, odpowiedziałam Aleksander, i czy chce ochrzcić dziecko – tak. Przyjechał mój mąż, wpuszczono go do mnie na sale pooperacyjna. Przyszedł neonatolog i powiedział, że mąż może iść do syna. Poszedł pogładził go po buzi zrobił mu dwa zdjęcia, posiedział przy nim i wrócił do mnie. Nie ratowali Olusia, położyli w inkubatorze i dbali by nie cierpiał…po porodzie za bardzo nie kontaktowałam, nie ogarniałam umysłem co się dzieje w okól mnie…nie dopuszczałam myśli ze Oluś nie przeżyje…znów przychodzi lekarz i mówi: „przykro mi, ale państwa dziecko właśnie zmarło” zaczęłam wyć…
Aleksander urodził się 9.10.2014 o 1:16 poszedł do Nieba o 3:20…
Mąż przy mnie siedział jeszcze długo, aż w końcu zaczęłam zasypiać on też był wykończony…tak naprawdę to dopiero na drugi dzień dotarło do mnie co się stało…zalewałam się łzami. Dostałam osobny pokój, żebym nie musiała leżeć z kobietami, które urodziły zdrowe dzieci. Rana bolała dość mocno, ale to nic w porównaniu z bólem w sercu…Położne były dla mnie kochane, przychodziły, rozmawiały i zapewniały o swojej obecności. Było to cenne wsparcie. Miałam możliwość pójścia do małego do kostnicy, ale nie byłam w stanie, nie mogłam Go tam widzieć…choć bardzo chciałam się pożegnać…postanowiłam, że zrobię to na pogrzebie.
Mąż załatwił wszystkie formalności, data pogrzebu to 14 październik, równo miesiąc po naszej pierwszej rocznicy ślubu…nadszedł dzień pożegnania naszego synka, bałam się, że nie będę miała na to siły, ale musiałam. Pojechaliśmy wcześniej, aby pobyć z Nim w samotności. Staliśmy razem nad białą trumienka Olusia. Wyglądał ładnie i słodko sobie spał, a my płakaliśmy. Włożyliśmy mu do trumienki nasze zdjęcie z dedykacją, medalik z Matką Boską i misia, którego dostałam od męża na początku naszej znajomości. I to był koniec. Ale po pogrzebie poczułam spokój, że Oluś ma swoje miejsce, że nie leży w zimnej kostnicy tylko w miękkim kocyku.
Od lipca wiedziałam, że możemy Go stracić, ale na Jego odejście nie byłam przygotowana, bo chyba nie można być na coś takiego przygotowanym…Przez ten czas byłam w kontakcie z moją ciocią siostrą zakonną i ona dawała mi duże wsparcie. Powiedziała, że Olek ogląda już Pana Boga…

Kocham Cię synku i nigdy o Tobie nie zapomnę...

Zapalam światełka dla Waszych Aniołków i mojego Aniołka [*][*][*][*]

Ania mama Aniołka Olusia *+ 9.10.2014 
Ania mama Aniołka Olusia *+ 9.10.2014 27tc
Kacperka *22.04.2016
Last edited on 19-11-2014 10:02 by anka_hey

  Subject Author Date
*  Mój Aniołek Oluś Ania E. 19-11-2014 09:20
  Re: Mój Aniołek Oluś monisiaB 19-11-2014 11:13
  Re: Mój Aniołek Oluś woldemort 19-11-2014 12:20
  Re: Mój Aniołek Oluś mama Janka 19-11-2014 14:53
  Re: Mój Aniołek Oluś Ania E. 19-11-2014 20:03
  Re: Mój Aniołek Oluś DarMa 24-11-2014 13:16
  Re: Mój Aniołek Oluś Natalia.k 19-11-2014 16:30
  Re: Mój Aniołek Oluś jolek 19-11-2014 19:05
  Re: Mój Aniołek Oluś Ania E. 19-11-2014 20:05
  Re: Mój Aniołek Oluś iwona123 19-11-2014 21:47
  Re: Mój Aniołek Oluś Ania E. 19-11-2014 23:49
  Re: Mój Aniołek Oluś JustynkaK 20-11-2014 11:18
  Re: Mój Aniołek Oluś Nika07 20-11-2014 11:57
  Re: Mój Aniołek Oluś Ania E. 20-11-2014 23:35
  Re: Mój Aniołek Oluś Nika07 24-11-2014 10:38
  Re: Mój Aniołek Oluś Ania E. 24-11-2014 11:10
  Re: Mój Aniołek Oluś Nika07 24-11-2014 11:35
  Re: Mój Aniołek Oluś Ania E. 26-11-2014 21:23
  Re: Mój Aniołek Oluś linda 20-11-2014 11:59
  Re: Mój Aniołek Oluś mama Janka 20-11-2014 15:50
  Re: Mój Aniołek Oluś iwona123 20-11-2014 22:50
  Re: Mój Aniołek Oluś Ania E. 20-11-2014 23:44
  Re: Mój Aniołek Oluś mama Janka 21-11-2014 10:08
  Re: Mój Aniołek Oluś mery.k 21-11-2014 14:09
  Re: Mój Aniołek Oluś Joannap 22-11-2014 17:31
  Re: Mój Aniołek Oluś Ontario 23-11-2014 11:06
  Re: Mój Aniołek Oluś Ontario 23-11-2014 12:22
  Re: Mój Aniołek Oluś Magda__ 23-11-2014 19:38
  Re: Mój Aniołek Oluś Ania E. 23-11-2014 21:25
  Re: Mój Aniołek Oluś Magda__ 23-11-2014 22:35
::   w górę   ::
Jump to :
Forum tworzone przez W-Agora