Żal po stracie, czyli o przeżywaniu żałoby

Ludzie, którzy cierpią po stracie bliskich, targani są sprzecznymi uczuciami: z jednej strony chcą wrócić do stanu równowagi, z drugiej - obawiają się, że byłoby to równoznaczne z lekceważeniem przez nich pamięci o zmarłych. Jak sobie z tym poradzić?

 Anna Dodziuk: Ludzie są często przekonani, że kiedy przestaną cierpieć, to równocześnie przestaną kochać osobę, która odeszła. Tymczasem wnioski z mojej pracy psychoterapeutycznej są całkiem inne: jeżeli zrobimy coś, co zmniejszy ból, na przykład podzielimy się nim z drugą osobą, pojawia się więcej miejsca na miłość.

Choćby dlatego, że poruszanie tego tematu przestało być dojmująco bolesne, nie mamy już powodu do jego unikania. Łatwiej wracać do wspomnień, odwiedzać grób czy rozmawiać z tymi, którzy znali drogą nam osobę.

Czyli prawdą jest, że czas leczy rany?

Myślę, że ten powszechnie używany slogan jest w gruncie rzeczy szkodliwy. Zachęca nas do odcinania się od swoich uczuć i stwarzania wrażenia, że nic się nie stało. Tymczasem ból straty trwa w nas i wydostaje się na zewnątrz, gdy coś go przywoła, np. cierpienie kogoś bliskiego. Chcąc się przed nim obronić, nieświadomie odcinamy się też od cudzych przeżyć, a nasze kontakty z najbliższymi stają się chłodniejsze i bardziej zdystansowane.

Należy więc pozwolić emocjom dojść do głosu?

Tak, to doświadczenie, chociaż bardzo trudne, jest zwykle wyzwalające. Pracowałam z osobami, które przez wiele lat nie poruszały tematu śmierci bliskich, bo np. uważały, że człowiek nie powinien okazywaćsłabości albo obciążać innych. Być może nie znalazł się wówczas obok nich nikt, kto byłby gotów ich wysłuchać. Nic dziwnego, przecież nie jesteśmy uczeni, jak towarzyszyć ludziom w cierpieniu.

Jak powinniśmy się wówczas zachować?

Najważniejsze to po prostu być z osobą pogrążoną w żałobie - tak jak ona tego potrzebuje. Jedni chcą wtedy rozmawiać albo płakać, inni wolą sami przeżywać rozpacz i smutek. Ale to nie znaczy, że nie jest im potrzebna obecność życzliwego człowieka. Takiego, który nie będzie zmieniał tematu czy pocieszał słowami w rodzaju: "Ludziom zdarzają się gorsze rzeczy".

Nieobecność ukochanego człowieka jest odczuwalna wyraźniej podczas szczególnych dni - świąt czy rocznic. Trudno wtedy zostaćw samotności i jeśli chcemy pomóc komuś, kto stracił bliską osobę, powinniśmy być z nim zwłaszcza wtedy. Swoje towarzystwo warto zaproponować nawet parokrotnie, bo nie każdy łatwo przyjmuje pomoc. Często prosta przyjacielska propozycja: "Posiedzę z tobą, nie chcę, żebyś był sam", zostaje w pamięci na lata, a towarzyszenie w nieszczęściu bardzo zbliża ludzi do siebie.

A jeśli człowiek pogrążony w żałobie zanadto się nad sobą lituje?

Co to znaczy zanadto? Nie mam żadnej miary ani standardu właściwej ilości smutku czy bólu po ważnych stratach. Wiem tylko, że najczęściej jest go bardzo dużo. Kiedy mamy poczucie, że ktoś zbytnio się nad sobą roztkliwia, to raczej oznacza, że sami nie jesteśmy w stanie być blisko tak intensywnych emocji. Czasem potrzebne są dwie, trzy osoby,bo dla jednej towarzyszenie przez dłuższy czas komuś pogrążonemu w głębokiej rozpaczy jest zbyt trudne, wręcz nie do zniesienia.

Być może jednak jakieś objawy żałoby mogą niepokoić. Ponoć stres spowodowany śmiercią bliskich może wywołać nawet chorobę psychiczną.

Myślę, że problemy emocjonalne mają raczej ci, którzy swoimi stratami się nie zajmują. Tymczasem głęboki płacz to uzdrawiające odreagowanie rozpaczy. Otoczenie często niepokoi się również tym, że osoby, które straciły kogoś bliskiego, słyszą jego głos czy kroki. Rzeczywiście, widać tu pewne podobieństwo do omamów, co w innej sytuacji mogłoby być wskazaniem do wizyty u psychiatry. Nie jestem lekarzem i trudno mi się na ten temat wypowiadać, ale myślę, że takie objawy po stracie można uznać za normalne. Z drugiej strony śmierć w najbliższym otoczeniu, jak każde dramatyczne przeżycie, może przyspieszyć proces ujawnienia się choroby psychicznej.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że często nie zdajemy sobie sprawy, jak głęboko w naszej psychice tkwi cierpienie po stracie bliskiego człowieka i jak wpływa ono na nasze życie. No właśnie, jak?

Wśród bezpośrednich skutków można wymienić obniżenie energii życiowej i utratę radości życia. Stosunkowo często bywa tak, że po śmierci któregoś z rodziców czy współmałżonka cierpienie jest na tyle dotkliwe, że bez naszej wiedzy i woli włącza się mechanizm psychiczny, który ma nas ochronić: znieczulenie czy odrętwienie emocjonalne. Ludzie czasem wyczuwają ten moment i opowiadają: "Na pogrzebie jeszcze mogłam płakać, a potem wszystko zaczęło być jak za szybą".

W jaki sposób można komuś takiemu pomóc się zmienić?

Człowiek sam musi tego chcieć. Czasami otrzeźwienie nadchodzi wraz z jakimś życiowym wstrząsem, dla niektórych może to być na przykład groźba rozwodu ze strony współmałżonka. Jeżeli taka para przyjdzie na terapię, to może się okazać, że źródłem chłodu emocjonalnego jednego z partnerów jest "zamrożenie" uczuć po stracie, jakiej doznał w dzieciństwie.

Ci, którzy zostają, borykają się często z poczuciem winy z powodu, nazwijmy to, nie załatwionych spraw ze zmarłym.

Niedomknięte sprawy można dokończyć w sposób symboliczny, np. przez napisanie listu z przeprosinami czy rozmowę ze zmarłym na jego grobie. Jeśli zrobiło się za jego życia coś nie tak, można pomyśleć o zadośćuczynieniu, oczywiście wobec innego człowieka. Ktoś, kto np. wyrzuca sobie, że nie pożegnał się z matką przed śmiercią, bo zlekceważył wezwanie rodziny, może pomagać w hospicjum jako wolontariusz.

Niektórzy mają szansę przygotowania się do żałoby. Na innych spada ona nagle. Jak dalece to wpływa na sposób jej przeżywania?

Osoby, które mogły się do niej przygotować, zwykle lepiej znoszą stratę. Nieraz słyszałam wypowiedzi kobiet i mężczyzn, którzy spędzili z matką czy ojcem ostatnie dni ich życia i wspominali te chwile - chociaż brzmi to paradoksalnie - z głęboką radością. Mieli bowiem szansę powiedzieć sobie wszystko, co ważne, okazać miłość i jej doświadczyć.

Ponoć ludzie żyjący w szczęśliwych związkach, jeśli stracą partnera, łagodniej przechodzą żałobę. Gdzie kryje się źródło tego paradoksu?

Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście zwykle tak się dzieje. Znam kilka takich sytuacji i myślę, że w tych związkach nie było niezałatwionych spraw albo było ich mało, bo partnerzy otwarcie się ze sobą komunikowali. W jednej z książek z serii "Balsam dla duszy" pewna kobieta wspomina rozmowę z ojcem po pogrzebie matki. Kiedy powiedziała mu, jak bardzo żałuje, że mama nie doczekała swoich 85. urodzin, ojciec odpowiedział, że chętnie by je świętował, ale cieszy się, że dożyli w szczęściu jej 84-lecia.

Według psychologów najbardziej stresogennym doświadczeniem w życiu jest śmierć współmałżonka.

Nie jest to teoria, tylko wyniki badań, które dowodzą, że osoby po takiej stracie mają największe nasilenie objawów stresu. Sytuacja taka wymaga bowiem całkowitego przebudowania życia, i to na wielu płaszczyznach - od najbardziej ogólnych przekonań i wartości po codzienne drobne nawyki, jak choćby sposób jedzenia śniadania. Konieczność tak ogromnego i wielostronnego przystosowania pochłania mnóstwo energii; w dodatku człowiek staje przed tym zadaniem w czasie, kiedy przeżywa ogromne cierpienie.


Za granicą istnieją grupy wsparcia dla osób, które straciły bliskich. Jak jest z tym w Polsce?

Wiem, że w Internecie na polskich stronach jest forum funkcjonujące jako grupa wsparcia dla matek, które straciły dziecko. Parę lat temu istniała też w Warszawie podobna grupa wsparcia przy Fundacji "Rodzić po ludzku", jednak została rozwiązana. Nie słyszałam o grupach psychoterapeutycznych zajmujących się właśnie żalem po stracie. Mnie samej zdarza się czasem, kiedy pojawi się zapotrzebowanie, poprowadzić kilkudniowe spotkanie poświęcone tej problematyce. W USA czy Europie Zachodniej z pewnością byłoby łatwiej znaleźć taką grupę terapeutyczną czy grupę wsparcia, ale stanowią one kroplę w morzu potrzeb w porównaniu z liczbą np. grup dla osób uzależnionych czy ofiar przemocy.

rozmawiała Izabela Redlińska - Rzeczpospolita

żródło:
www.rzeczpospolita.pl 31 10 2005