Trzeba rozpaczać, żeby żyć 

Czasem przy oglądaniu starych albumów ze zdjęciami, pokazującymi życie rodziny rok po roku, widać te skutki: na którejś karcie jedna z fotografowanych osób zmienia się. Jej rysy tężeją, twarz wyraża gorycz. I tak zostaje. 

Taka osoba potem jest już inna - zdystansowana, nie może w pełni uczestniczyć w życiu, ból i rozpacz nieustannie przesłaniają jej świat. 
Rozmowa z Anną Dodziuk, psychoterapeutką, autorką książki "Żal po stracie, czyli o przeżywaniu żałoby" 
Rz: Czy wizyta na cmentarzu pomaga pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby? 
ANNA DODZIUK: Niektórym osobom pomaga: tym, które w jakiś sposób mogą wyrazić swoje cierpienie, żal po stracie i smutek. Wspominanie zmarłych, rozmawianie z nimi w myślach czy nawet głośno, a przede wszystkim płacz i dzielenie się swoimi uczuciami z innymi ludźmi - wszystko to pomaga pogodzić się ze stratą. Ale na cmentarzach widać też osoby, które są wypełnione bólem i rozpaczą, lecz ich nie okazują. Im nie pomaga odwiedzanie grobów, bo tylko budzi drzemiący w nich ból, jednak go nie uzdrawia. 
Dlaczego niektórzy rozpaczają po stracie przez długie lata, a inni godzą się z nią i wracają do życia? 
Zwykle ból nie przemija, jeżeli nie ma możliwości w pełni wyrazić rozpaczy w okresie żałoby. To przecież jest oczywiste, że strata bliskiej osoby boli. Musi boleć. Naprawdę groźne w skutkach jest to, że otoczenie każe nam ten ból ukrywać. Amerykańscy psychologowie porównują tę sytuację do ceremonii rozdania Oscarów: podczas odczytywania werdyktu operator kamery często pokazuje osoby, które nie dostały nagrody i w rzeczywistości są bliskie płaczu, ale na zewnątrz udają, że wszystko jest w porządku. Robią dobrą minę do złej gry. W podobnej sytuacji często jest ktoś, komu umarła bliska osoba. Jeżeli zacznie płakać, zaraz ktoś mówi: nie płacz, weź się w garść, czas leczy rany. Albo tak energicznie klepie płaczącego po plecach, aż ten przestanie albo nic nie mówi i odchodzi. Najczęściej wokół osób przeżywających żałobę wytwarza się społeczna próżnia, chociaż właśnie wtedy potrzebują wsparcia. 
Czyli trzeba pozwolić płakać? 
Oczywiście. I to nie godzinę czy kilka godzin - po stracie bliskiej osoby nawet sto godzin płaczu to może być za mało. Jeśli przyjrzymy się tradycyjnym kulturom, zobaczymy to wyraźnie: w większości z nich jest podobnie - kiedy człowiek umiera, jego najbliżsi rozpaczają, rozdzierają szaty, płaczą. Podczas ceremonii pogrzebowej wspomina się zmarłego, ludzie żegnają się z nim, próbują jakoś zakończyć związane z nim wątki. Najbliższych obowiązuje ścisła żałoba, która trwa w niektórych kulturach tydzień, w innych miesiąc. To jest okres, kiedy można się skupić na intensywnym przeżywaniu cierpienia, na uprzytomnieniu sobie w pełni, co się stało. Po tej fazie następuje okres żałoby już nie tak głębokiej, kiedy na przykład unikamy zabawy. Ten etap trwa na ogół około roku i powinien być przeznaczony na adaptację do nowej sytuacji życiowej. Niektórzy specjaliści mówią o czasie potrzebnym do stworzenia nowej mapy swojego świata. Nie znam kultury, która wyznaczałaby okres żałoby dłuższy niż rok. Po jego upływie tradycja nakazuje wracać do życia, do normalnego funkcjonowania. 
Jaki jest sens takiego wydłużania żałoby? 
Człowiek nie jest w stanie pogodzić się ze stratą bliskiej osoby w ciągu kilku dni. Śmierć któregoś z rodziców, współmałżonka czy dziecka, przyjaciela to tragedia, której nie da się zbagatelizować ani zapomnieć. Psychologowie, którzy zajmowali się osobami śmiertelnie chorymi oraz rodzinami umierających i zmarłych, zaobserwowali, że po śmierci kogoś, kogo kochamy, rozpoczyna się długi proces, który ma swoje etapy, i dopiero ostatni z nich to pogodzenie się ze stratą. 
Po kolei: jakie to etapy? 
Najpierw negacja: nie dopuszczamy tragedii do świadomości, strata wydaje się nierealna. Myślę, że działa tu naturalny mechanizm samoregulacyjny, taki sam, jak przy bólu fizycznym: jeżeli jest zbyt silny, człowiek traci przytomność. Cierpienie za duże do ogarnięcia powoduje znieczulenie psychiczne. Ten etap zazwyczaj wypełnia czas między śmiercią a pogrzebem. Jest dużo do załatwienia formalności, telefony, więc to, co najgorsze, jest jakby zepchnięte na drugi plan. Następny etap to złość: na świat, na los, na Boga, na siebie albo nawet na zmarłą osobę. Często obwinia się wówczas lekarzy, nieraz kogoś z rodziny, że czegoś zaniedbał albo zrobił nie tak. Znaczna część małżeństw, którym umarło dziecko, rozpada się, bo mąż obwinia żonę, a żona męża, zamiast wspólnie złościć się i rozpaczać. Bo po etapie złości następny to rozpacz, kiedy dociera do nas cała straszliwa nieodwracalność śmierci. Naturalnym sposobem wyrażania rozpaczy jest płacz. Ale wtedy, zwykle już wiele dni po pogrzebie, płakać jakoś nie wypada. To fatalny zwyczaj, ponieważ płacz jest bardzo potrzebny. Trzeba wyrzucić z siebie rozpacz, żeby mógł nadejść czwarty etap - pogodzenie się ze stratą. 
Jak powinniśmy się zachowywać, jeżeli zaprzyjaźnionej osobie umrze ktoś bliski? 
Przede wszystkim powinniśmy być z tą osobą. Jeżeli zwykle ktoś dzwonił do przyjaciela na przykład raz w tygodniu, teraz powinien dzwonić codziennie. Powinien zaproponować, że przyjdzie do niego, że można będzie porozmawiać. Najważniejsze jest to, żeby osoba pogrążona w żałobie nie była pozostawiona samej sobie. Być z tym kimś - to jest najbardziej pomocne, chociaż naprawdę trudne. Po pierwsze, każdy z nas nosi w sobie jakąś nieodżałowaną stratę i rozmowa z kimś, czyj ból jest świeży, budzi nasz własny ból. To naturalne, że się tego boimy. Drugi powód jest taki, że chcemy być delikatni, dobrze wychowani, a w takiej sytuacji nie wiemy, jak się zachować. Kiedy ktoś znajomy się żeni, wiemy, co powiedzieć, o co zapytać, w jaki sposób okazać radość. A jeśli ktoś owdowiał? Często nie robimy nic, bo nie chcemy wtrącać się w nie swoje sprawy, włazić butami w cudzą duszę. To błąd, bo ten człowiek właśnie teraz nas potrzebuje. Trzeba do niego przyjść i jeśli będzie chciał mówić - wysłuchać. A jeśli będzie milczał, to po prostu zrobić mu szklankę herbaty. Ale z nim być. 
Ale ten ktoś może udawać, że wszystko jest w porządku. 
Tak, bo często sam sobie zabronił okazywania uczuć. Osoba, która straciła kogoś bliskiego, nieraz myśli, że nie wypada obciążać innych swoimi problemami, narzucać się. Może uważać, że ludzie akceptują tylko pogodnych i uśmiechniętych, może też utożsamiać płacz ze słabością. I wtedy sama sobie zakazuje płaczu, wyrażania smutku i rozpaczy, rozmawiania o zmarłym. A wspominać trzeba, i to nie wyłącznie w sposób wyidealizowany, jak to jest przyjęte, tylko prawdziwy. Jeśli czegoś w życiu z tą osobą brakowało (czułości, uznania, troski), to trzeba też złościć się na nią i nie tłumić swojego niezadowolenia. Trzeba postarać się zamknąć wszystkie niedokończone wątki, których może być dużo, bo śmierć bliskiego człowieka zawsze zdarza się nagle i nie zdążymy wszystkiego, co ważne, zrobić i powiedzieć sobie za życia. O to też mamy często żal, i jest to żal do siebie, że nie powiedzieliśmy zmarłemu tego, co najważniejsze, na przykład: "Kocham cię" albo "Cierpiałem przez ciebie, ale i tak cię kocham". Uczucia związane ze zmarłą osobą muszą być w jakiś sposób przetrawione, nie można ich blokować. 
Czym to grozi? 
Czasem przy oglądaniu starych albumów ze zdjęciami, pokazującymi życie rodziny rok po roku, widać te skutki: na którejś karcie jedna z fotografowanych osób zmienia się. Jej rysy tężeją, twarz wyraża gorycz. I tak zostaje. Taka osoba potem jest już inna - zdystansowana, nie może w pełni uczestniczyć w życiu, ból i rozpacz nieustannie przesłaniają jej świat. 
I jest to nie do odrobienia? 
Można to uzdrowić, jeśli taka osoba przestanie tłumić bolesne uczucia. Często zresztą jest gotowa mówić o zmarłym i swoim bólu, jeżeli znajdzie się ktoś, kto będzie słuchał. A osób, które noszą w sobie zakonserwowany żal po stracie i nie mają z kim rozmawiać na ten temat, jest mnóstwo. Można więc zwrócić się do kogoś zaprzyjaźnionego z propozycją spotkania poświęconego właśnie na dzielenie się bolesnymi uczuciami związanymi ze stratą. Wtedy może będzie po prostu lżej. 
Rozmawiał Łukasz Kaniewski
Gazeta Wyborcza/Nauka i Technika, 2003.10.31