dlaczego.org.pl  
Forum dlaczego.org.pl  >> STRATA DZIECKA
You are not logged in       

Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014)Hits: 1409
madzia1888  
14-10-2014 19:08
[     ]
     
Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak należy rozpoczynać tego typu wypowiedzi. Już nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Trudno jest do kogokolwiek się odezwać kto nie przeżył tego samego co ja. Tym bardziej jak się nawet nikogo nie ma z kim by można było porozmawiać.
Od ponad roku mieszkam wraz z moim narzeczonym w Anglii w lutym tego roku pojechaliśmy do polskiej kliniki na wizytę z panią ginekolog. Była to najwspanialsza wizyta na świecie, dowiedzieliśmy się, że jestem w 8 tygodniu ciąży. Serduszko biło a to najważniejsze. Oczywiście od razu poinformowaliśmy cała moją rodzinę jak również rodzinę Damiana. Wszyscy się ogromnie cieszyli z naszego szczęścia. Dziecko rozwijało się prawidłowo. Co 4 tygodnie miałam wizyty u położnej zbadanie ciśnienia, moczu i ogólnie samopoczucia. W 12 tygodniu ciąży mieliśmy pierwsze badanie USG w szpitalu oczywiście wszystko jak należy serduszko mocno i prawidłowo biło, dzieciątko rosło jak należy, a nawet bardziej z początkowej daty porodu, która wskazywana była na 11 października przeskoczono na 30 września. Samopoczucie było idealne, poranne mdłości po prostu aż dawały mi uśmiech na ustach, bo wiedziałam wtedy że z ciążą jest wszystko ok. Na święta Wielkanocne pojechaliśmy samochodem do Polski, dla większego bezpieczeństwa dla naszego dziecka wybraliśmy ten środek transportu, bo z ciśnieniem w samolocie to różnie bywa. Woleliśmy dmuchać na zimne. Tuż po świętach poszliśmy wykonać USG 3D tak bardzo pragnęliśmy zobaczyć jak wygląda nasze dzieciątko, czy to chłopiec czy dziewczynka, czy zdrowe itp. Oczywiście wbrew przypuszczeniom wszystkich okazało się, że nasze dzieciątko to śliczna, zdrowa, duża dziewczynka. Pamiętam, że 3 razy pytałam się lekarza czy jest w 100% pewny, że to dziewczynka. Tak bardzo się cieszyłam. Imię wybraliśmy od razu : Wiktoria od zwycięstwa. I od tego momentu rozmowa z brzuchem zmieniała się na rozmowę z córeczką, oczkiem w głowie, serduszkiem, aniołkiem. Po paru dniach wróciliśmy do Anglii. Oczywiście kolejne spotkanie z położną a następnie w 20 tc USG połówkowe. Na USG czekaliśmy z niecierpliwością bo to jedyny moment kiedy oprócz czucia ruchów widzi się swoje dzieciątko. Tak więc poszliśmy do szpitala odczekaliśmy swoje (tutaj też są kolejki)i weszliśmy do pokoju Wikusia wariowała nie mogła spokojnie chwili poleżeć, aby lekarka mogła wszystko zbadać. Mówiliśmy Mały Chuligan na naszą córeczkę. Niestety po badaniu wszystko się zaczęło. Zostaliśmy umówieni na ponowne USG za dwa dni z lekarzem specjalistom, gdyż lekarce która robiła nam USG nie podobało się serduszko i jedno nerka naszej córeczki. Oczywiście byliśmy spokojni, gdyż 4 tygodnie wcześniej mieliśmy wykonywane USG 3D i na nim wszystko było w porządku tym bardziej że badanie było wykonywane na lepszej aparaturze niż tutaj. Tak więc po dwóch dniach udaliśmy się ponownie do szpitala. Pani doktor zbadała wszystko uważnie, i stwierdziła że z sercem jest wszystko w porządku, ale niepokoją ją nerki naszej córeczki, ponieważ mają jaśniejszy kolor. Tylko tyle że mają jaśniejszy kolor, nic więcej. Wymiary miały prawidłowe, przepływy itp wszystko idealne. Pęcherz moczowy pełny. Ale, że kolor jaśniejszy to stwierdziła że musi się im baczniej przyglądać. Po badaniu poprosiła nas do specjalnego pokoju, teraz ten pokoju to mi się tylko kojarzy ze złymi słowami. Opowiedziała nam, że nie wie co może być przyczyną takiego koloru nerek, że zdarza się to raz do roku czyli bardzo rzadko. I że może to być jakaś choroba, albo mogą po prostu mieć taki kolor i tyle. Ustaliła nam następny termin USG po 2 tygodniach. Tak więc przyszliśmy na umówione badanie. Z jednej strony się cieszyliśmy, że więcej USG bo częściej możemy oglądać nasz skarb i czuwać nad stanem zdrowia naszej kruszynki, a z drugiej zaś strony strach, że może być coś nie tak. Jednak te pierwsze argumenty przeważały nad strachem. Po badaniu okazało się że wszystko jest tak jak w poprzednim USG i nic się nie zmienia. Co świadczyło że jest dobrze, że nerki mogą mieć po prostu taki kolor nic więcej. Ale że mają jasny kolor więc mieliśmy umawiane badania USG kontrolne co 4 tygodnie. I tak o to do 30tc. Stawiliśmy się na badanie USG jak zwykle uśmiechnięci, pewni, że wszystko jest w 100% porządku. Wikusia wariowała w brzuchu jak tylko mogła. Ze mną się bawiła. Ale jak już jej tatuś chciał żeby go kopnęła itp to automatycznie zapadała cisza a po chwili jak przykładał głowę do brzucha to następował kopniak. Tych momentów nie da się zapomnieć. Ale wracając co szpitala. Podczas tego USG okazało się,że ubywa mi wód płodowych. Lekarka się spytała czy dużo piję bo skwar na dworze to może za mało nawadniam organizm itp. Oczywiście ja piłam z 6-7 litrów wody dziennie, ale nie dlatego że musiałam dużo pić tylko dlatego że ja nie pijam herbat, kaw, soków itp a 3 litry wody to piłam przed ciążą więc dla mnie takie ilości nie robiły różnicy. Dla skontrolowania czy to przez skwar na dworze ubywa mi wód płodowych czy też przez wzgląd na nerki mojej córeczki zostaliśmy poproszeni o przyjście w następnym tygodniu na ponowne USG. Tak też zrobiliśmy. I było to najgorsze USG jakie mogłoby być. Ogólnie badanie w porządku, ruchy dziecka, tętno itp idealne. Jednakże ubywało wód płodowych, na badaniu pęcherz płodowy prawie pusty. Zostaliśmy poproszeni do specjalnego pokoiku, w którym już kiedyś byliśmy. I otrzymaliśmy informacje takie, że nie jeden rodzic by się już od razu załamał jak my. Według pani doktor specjalistki nerki naszego dziecka przestały działać, przez co ubywa wód płodowych. Spytaliśmy się czy jest tego w 100% pewna odpowiedziała, że tak. Po jej wypowiedzi świat nam się zawalił. Pytaliśmy o milion opcji. Dializy, wcześniejszy poród przez cc, milion opcji. Usłyszeliśmy wtedy jedne słowa. Nic nie da się zrobić, należy czekać do porodu po którym o ile dziecko do tego czasu przeżyje to po porodzie od razu umrze. Świat się zawalił przez parędziesiąt minut nikt i nic nie mógł do nas dotrzeć. O psychologa nawet się nie spytała tylko powiedziała, że jest jej przykro. Spytała się czy umówić nas do szpitala zajmującego się dziećmi z chorobami nerek na rozmowę ze specjalistką od tych narządów. Zgodziliśmy się. Wizytę mieliśmy umówioną na następny tydzień. Oczywiście po wyjściu ze szpitala od razu wzięłam telefon i zadzwoniłam do swojej mamy opowiedzieć jej o najgorszym. Ryczałam jak bóbr a moi rodzice razem ze mną, Damian usiadł w samochodzie i próbował dojść do siebie, ale tez nie był w stanie . Moja mama powiedziała mi wtedy, że dla 100% pewności powinniśmy udać się do polskiego ginekologa prywatnie (gdyż inaczej tutaj się nie da) i to natychmiast. Jednak mama to mama. Od razu zadzwoniliśmy do polskiej przychodni i po wysłuchaniu przez panią pielęgniarkę naszej historii otrzymaliśmy termin za 2 dni (piątek) na godzinę 23:00. Cały tamten dzień chodziłam jak otumaniona. Damian odwiózł mnie do domu, a sam musiał wracać do pracy. Pamiętam że cały dzień płakałam i modliłam się żeby okazało się to wszystko kłamstwem. Jakimś cudem dotrwałam do piątku. Stawiliśmy się w przychodni 30 minut przed czasem. Pan doktor wysłuchał naszej historii. Przebadał ginekologiczne aby zobaczyć czy szyjka nie jest otwarta i czy płyn nie wycieka, ale przez to że miałam infekcję nie był w 100% pewny. Powiedział że infekcja jest naturalna i że 99% w ciąży ma infekcję, grzybicę itp ale dziecku to nie zagraża więc dostałam na to antybiotyk. Następnie położyłam się na łóżku i miałam robione badanie USG. Fakt doktor potwierdził ubywający płyn płodowy i stwierdził małowodzie AFI wynosiło 6,2 cm. Przy tak kiepskim obrazie USG był jednak w stanie stwierdzić, że nerki mojej córeczki działały prawidłowo, pęcherz moczowy dziwnym trafem był pełny. A Pan doktor stwierdził, że możliwe że córeczka przed tamtym badaniem w szpitalu po prostu się wypróżniała i dlatego nie było moczu u niej w pęcherzu. Doktor wykonał wszystkie pomiary w tym przepływu pępowinowego, akcji serca itp. Wszystko idealnie. Jednak powiedział, że mogło dojść do przedwczesnego pęknięcia pęcherza płodowego. Szczerze mówiąc pierwszy raz wtedy usłyszałam o czymś takim i o wyciekających wodach płodowych. Fakt faktem wkładkę w tamtym czasie zawsze miałam mokrą ale podejrzewałam że to przez bieganie do toalety co 5 minut i przez upał. Doktor powiedział, żeby pakować walizki i lecieć do Polski bo tutaj dopóki serce dziecka bije będą je ratować a w Anglii nie. Dał nam prywatny numer telefonu ordynatora szpitala w moim mieście i powiedział żebym zadzwoniła i umówiła się na konsultację gdyż ten lekarz jest jednym z najlepszych w Polsce i jak ktoś ma nam pomóc to tylko on. Oczywiście samolotem mogła latać na wszelki wypadek pan doktor napisał mi zaświadczenie, ażeby wszystko było w porządku. Następnego dnia zadzwoniłam pod numer telefonu, który dostałam od lekarza. Opowiedziałam całą historię i Pan ordynator powiedział, że przyjmie nas kiedy tylko będę tego sobie życzyła i żebym o koszta się nie martwiła, bo jestem kobietą w ciąży i jestem ubezpieczona przez państwo według jakiejś tam ustawy. Akurat pieniędzmi to się nie martwiłam życie mojego dziecka było na pierwszym miejscu. Termin z Panem ordynatorem umówiłam na 18 sierpnia gdyż 15-ty to było święto, a później to weekend. Więc termin przypadł na poniedziałek. Co do szpitala specjalizującego się w chorobach nerek u dzieci. Tam było jeszcze gorzej. Lekarka na USG powiedziała że AFI jest równe 2,5 cm, pęcherz moczowy pusty więc nerki nie funkcjonują. Po USG zostaliśmy poproszeni do również specjalnego pokoju tam powiedziano nam że że ja i mój narzeczony jesteśmy nosicielami złego genu i nasze dziecko ma chorobę ARPKD czyli wielotorbielowatość, która jest dziedziczna. To to jeszcze było nic. Gdy powiedziano nam, że jak dziecko się urodzi i nie będzie oddychało to nie będą naszej córeczki podłączać pod tlen jak to następuje w Polsce tylko zostawią ją wygodnie w inkubatorku aby mogła komfortowo odejść, gdyż jeżeli nerki nie działają to i tak dziecko nie przeżyje. To wszystko w głowie się nie mieściło. Szczerze mówiąc może i bym już nie wytrzymała ale dzięki wizycie u polskiego doktora i jego badaniu byłam w 100% pewna że ich wymyslona choroba itp to bzdury i nie wierzyłam w ani jedno słowo które słyszałam od angielskiej służby zdrowia. Co było jeszcze lepsze to to, że dokumenty po badaniach USG mówiły o czym innym niż tak naprawdę było. Ani razu n ie słyszeliśmy o chorobie ARPKD wcześniej dopiero tutaj. Więc moje nastawienie było takie, że oni wszyscy bronią swoich stołków.
Po przylocie do Polski i opowiedzeniu o tym wszystkim rodzicom, oni sami nie wiedzieli co myśleć o tym wszystkim, jak można tak postąpić z ludźmi, jak oni mogli tak mówić do rodziców którzy oczekują swojego pierwszego dziecka. Tak więc 18 sierpnia wraz z mamą pojechałam pierw na umówione USG. Wykazało one całkowite bezwodzie, czego byłam świadoma. Ale wykazało 100% działające nerki i pełny pęcherz moczowy. To była wiadomość dzięki której chciałam skakać pod sufit tak mnie rozpierała radość. Wszystko wskazywało na to że z moim dzieckiem jest dobrze, że jest wielka nadzieja. Że polski lekarz w Anglii miał rację. Po tym USG pojechałyśmy do pana ordynatora na konsultację, od razu dostałam skierowanie do szpitala, wyjaśnił mi wszystkie procedury tzn że będę otrzymała antybiotyki i sterydy aby Wikusi pomóc oddychać, żeby jej płucka się rozwijały prawidłowo i aby została zwalczona infekcja z powodu braku wód płodowych przez dwie doby a następnie zostanie przeprowadzone cc gdyż jest jedynym możliwym wyjściem w tej sytuacji. Tego samego dnia stawiłam się w szpitalu od razu zostałam przyjęta na oddział. Ponowne USG brzuszne i dopochwowe a także zbadanie przez papierek czy ubywały mi wody. Oczywiście papierek potwierdził wyciek wód. A USG że jest bezwodzie. Na sali podłączono mi KTG ten sygnał był najwspanialszy jaki mogłam słyszeć, sygnał bicia serduszka mojej córeczki. Dostawałam antybiotyki, sterydy przez dwie doby. Cesarskie cięcie miałam zaplanowane na czwartek ranek, jednak w środę popołudniu podczas obchodu lekarzy okazało się, że po co czekać z bezwodziem że już dzisiaj mogą mi zrobić cc i tak będzie najlepiej. I tak 20 sierpnia o 20:00 zostałam zabrana na blok operacyjny o 20:03 otrzymałam znieczulenie miejscowe i o 20:07 przyszła na świat moja córeczka. Usłyszałam dwa razy płacz mojej córeczki najwspanialszy dźwięk dla nad wszystkie dźwięki. Cały czas modliłam się by było wszystko w porządku, by usłyszeć płacz mojego dziecko i to się stało. Słyszałam tez jak lekarki mówiły do siebie że pępowina była tak krucha że sama się rozpadła. O 20:30 zostałam przewieziona na porodówkę. Położna powiedziała mi, że moje dziecko zostało zostało zabrane na IT nic więcej nie wiedziałam. Wszyscy czekali przed salą żeby zobaczyć Wikusie niestety na IT nie mogli wejść. Damian dowiedział się tylko tyle że na muszą czekać na lekarkę z IT żeby czegokolwiek się dowiedzieć o stanie córeczki. Ponadto usłyszeli że lepiej jak przyjdą na następny dzień bo dzisiaj są dwa ciężkie przypadki na IT i że lekarka może przyjść choćby nawet dopiero w nocy. Tak więc moi najbliżsi udali się do domu a ja modliłam się na sali, żeby wszystko było dobrze. Ok 1:30 w nocy przyszła do mnie lekarka z IT i powiedziała że z moją córeczką jest bardzo ciężko i że pomagają jej oddychać. Od razu zadzwoniłam do Damiana żeby go poinformować o stanie naszego dziecka. Nie mogłam spać całą noc. Czekałam aż nadejdzie ranek aby móc pojechać na IT zobaczyć swoje dziecko, że żyje żeby wiedziało że rodzice z nią są cały czas, żeby walczyła. O 8 rano Damian przyszedł do mnie do szpitala oczywiście nie byłam w stanie chodzić i tylko poruszałam się na fotelu każdy ruch jaki wykonywałam był tak bolesny że łzy płynęły same. Ale miłość do dziecka była silniejsza musiałam jechać ją zobaczyć. O 11:00 mogliśmy udać się na IT bo takie były godziny odwiedzin ( 11:00-12:00 i 17:00- 18:00). Gdy już byliśmy na oddziale szukałam wzrokiem mojego serduszka. Pielęgniarka pokazała nam naszą córeczkę ten widok był piękny i straszny zarazem. Taka mała kruszynka a zarazem duża bo aż 2,250kg i 46cm długości jak na 32tc+4dn to naprawdę duża dziewczynka. Jednak widok drenów które były wprowadzone przez skórę do płuc był straszny. Okazało się że Wikusia ma hipoplazję płuc. I że jej rokowania są bardzo niskie. Spytano się nas czy chcemy ochrzcić dziecko oczywiście od razu powiedziałam że tak i że przez księdza. Damian zadzwonił natychmiast do mojej mamy ażeby udała się do proboszcza poprosiła o natychmiastowy chrzest. Następnie przyszedł lekarz i powiedział nam że stan dziecka jest bardzo poważny i że robią wszystko co w ich mocy. Wytłumaczył na czym polega problem z płuckami i pokazał RTG płuc Wikusi. Oczywiście a się na tym nie znam więc zobrazował nam jej płucka jako kiść winogron i że u naszej córeczki owoce winogron nie łączą się z gałązkami brakuje tego łączenia. Powiedział również że wszystkie antybiotyki jakie jej podają nie skutkują, żebyśmy przygotowali się na najgorsze. Po godzinie przyszła mama, tata i mój brat wraz z księdzem. Weszli na IT i ochrzciliśmy naszą córeczkę co prawda nie w kościele jak to powinno być ale w szpitalu. Nie mogliśmy dłużej być na oddziale bo godzina odwiedzin minęła więc wyszliśmy. Płakałam jak najęta. Widziałam moją córeczkę, która walczy i byłam świadoma że mogę ją w każdym momencie stracić. O 17:00 przyszliśmy do Wikusi ponownie tym razem leżała na drugim boczku tzn główkę miała odwróconą w druga stronę, ale oczka jak były otwarte wcześniej tak i teraz. Na jednym boku przypomniała mnie a na drugim Damiana. Cały czas jak u niej byłam to głaskałam ją po rączce bałam się cokolwiek dotknąć bo mogłabym ruszyć dren czy rureczkę. Straszne uczucie. Mieć dziecko i nie móc go przytulić ucałować. Do 18:00 siedzieliśmy u Wiki, pamiętam że dużo do niej mówiłam w myślach więcej niż w słowach wypowiadanych. I powtarzałam cały czas żeby walczyła że ją bardzo kochamy i zawsze z nią jesteśmy. Po 18:00 opuściliśmy IT. Ok 20-21 tego samego wieczora przyszła do nas pielęgniarka oddziałowa i powiedziała że dzwonili z IT że z naszym dzieckiem jest bardzo ciężko i żebyśmy poszli się pożegnać. Oczywiście od razu się tam udaliśmy. Przełożona pielęgniarek dała nam specjalne kody do drzwi żebyśmy mogli spokojnie poruszać się między oddziałami. Dotarliśmy na IT w ciągu 5 minut. Wiki miała zatrzymanie akcji serca ale wróciła do nas. Lekarze podłączyli jej tlenek azotu. Pani doktor powiedziała że nic nie pomagało i że tlenek azotu to ostateczność i że taka dawka jaką teraz podają Wiki to nie była podawana od bardzo dawna dziecku. I że w każdym momencie możemy ją stracić, że jak nastąpi następne zatrzymanie to już nie będzie szans na odratowanie naszego dziecka. Oczywiście się pożegnaliśmy z godzinę siedzieliśmy z córeczką nawet dwa razy widziałam jak rusza buzią ten widok mam cały czas przed oczami. Tak jakby chciała coś powiedzieć, zagaworzyć. Miała taką spokojną buźkę tak jakby spała, nawet kolor skóry miała normalny. W głowie miałam cały czas wiarę, że będzie dobrze, że jest silna, że się nie podda, że będzie lepiej. Po opuszczeniu IT Damian odwiózł mnie na oddział po porodowy i poszedł do domu. Całą noc nie spałam zostałam położona z dziewczyną która miała swoje dziecko cały czas przy sobie. To był ból nie do opisania. Nie powinno tak być. Ja załamana że moje dziecko walczy o życie i ból że nie mogę jej mieć przy sobie, a obok radość i płacz dziecka. To był straszny ból psychiczny. Całą noc też nie spałam bo bałam się że zadzwoni telefon z IT z najgorszymi wiadomościami. O 6 rano zadzwoniłam do Damiana żeby przyszedł jak najszybciej, że spać nie mogę żeby chciałabym żeby przymnie był. Przyszedł o 8 rano tuz po obchodzi lekarzy. Na obchodzie od pana ordynatora dowiedziałam się że możemy na IT przebywać ile chcemy że ramy czasowe nas w takiej sytuacji nie obowiązują. Powiedział również żebym nie traciła nadziei bo dopóki serduszko bije wszystko się może zdarzyć. Poprosiłam również o wypis ze szpitala gdyż o już drugi dzień po cc i że wolałabym z rodziną być niż razem w sali z dziewczyną z dzieckiem. Ordynator powiedział że jako, że moje dziecko jest na IT to lepiej jakbym została w szpitalu bo jakby coś to szybciej do niej się udam. Jednak że mieszkam 10 minut od szpitala to upierałam się przy swoim. Z-ca pana ordynatora był po mojej stronie gdyż jak coś mogłam bardzo szybko się zjawić obok córeczki a psychicznie było by dla mnie lepiej jak również fizycznie cały czas bym miała osoby które pomagały by mi wstać, umyć się itp. Tak więc pan doktor wyraził zgodę na wypis tego samego dnia. Opowiedziałam o wszystkim Damianowi i o tym że możemy z córeczką być cały czas. Jednak po chwili zjawiła się położna i przekazała nam te najgorsze wieści, że nasz aniołek poszedł do nieba. Serce mi się złamało na milion kawałków. Powiedziała że jak czegokolwiek będziemy potrzebować od leków do psychologa to mamy śmiało mówić. I żebyśmy odczekali pół godziny, aby pielęgniarki mogły po odpinać całą aparaturę, ze dla nich to również jest ciężkie. Zadzwoniliśmy do rodziców, że stało się najgorsze i że zaraz idziemy do Wikusi. Po odczekaniu z zegarkiem w ręku 30 minut udaliśmy się na IT. Nasza córeczka owinięta była zieloną ceratką taką samą z jakich są zrobione fartuchy na oddziale IT, owinięta jak paczuszka. Okryliśmy ją i ziemia mi się pod stopami usunęła. Myślałam że upadnę. Wikusia wyglądała jakby spokojnie spała, jakby ją nic nie bolało. Ucałowałam ją po rączkach i w czułko. Spytałam się pielęgniarki czy mogę ją potrzymać to odparła, że lepiej nie bo mogą z niej wszystkie płynu wyciec. Więc nawet się nie upierałam. Staliśmy tak ponad 30 minut. Nie mogłam pojąć tego dlaczego moje dziecko odeszło. Dlaczego mi się to przytrafiło, mi zdrowej osobie nie pijącej, nie ćpającej, dbającej o siebie cały czas. Owinęliśmy Wikusie jak najdokładniej tak jakby miała nie zmarznąć. I wyszliśmy z IT nawet nie zauważałam innych dzieci obok. Wystarczył mi bez dźwięk komputera który poprzedniego dnia piszczał cały czas. Brakowało mi go jak niczego innego. Kiedy wyszliśmy przed szpital, żeby się jakoś uspokoić co było mało prawdopodobne moja rodzina już tam była. Mama, tata, brat i kuzynka. Wszyscy zapłakani najgorsze przeżycie. Najgorsze bo jak można przeżyć własne dziecko. Myślałam że gorzej już być nie może. Po jakiejś chwili poszliśmy do mojego pokoju wykąpałam się, spakowałam, poszłam na badania, poczekałam na wypis i udaliśmy się samochodem załatwić wszystkie formalności. Był piątek więc, żeby nie czekać przez weekend pojechaliśmy do Urzędu miejskiego po akt urodzenia i akt zgonu, następnie do biura pogrzebowego spytać się o możliwość pochówku. Umówiliśmy się na poniedziałek w celu załatwienia wszystkich formalności. Po powrocie do domu nie odzywałam się do nikogo, płacz, płacz i jeszcze raz płacz. Mama informowała wszystkich z rodziny o naszej tragedii. W poniedziałek pojechaliśmy po ubranka tylko zamiast do chrztu to do pochówku, wchodząc do sklepu serce czułam jak znowu mi pęka nie mogłam nic wymówić, łzy same leciały. Nie wiedziałam że ubranko może tak boleć,a jednak. Następnie udaliśmy się na cmentarz do biura pogrzebowego, wybraliśmy piękne miejsce zero konarów drzew, blisko, a w koło grobki które są zadbane. Nie potrafiłam o niczym myśleć, jakby nie rodzice to nic bym nie potrafiła załatwić. W międzyczasie dostałam telefon ze szpitala że we wtorek z rana będzie można odebrać ciałko, bo już jest po sekcji zwłok i jakbym chciała czegoś się dowiedzieć to żebym zadzwoniła to pana ordynatora to od niego szybciej się dowiem, niż czekając 14 dni na dokumenty. Jako że ciałko było do odbioru we wtorek tj na następny dzień to udało nam się załatwić pogrzeb na następny dzień, akurat w święto Matki Boskiej i akurat udało nam się załatwić z dnia na dzień pochówek. Od razu mama poinformowała wszystkich z rodziny a ja moich najbliższych przyjaciół których można by zliczyć na jednej ręce. Z czego 90% z nich nie wiedziało nawet że jestem w ciąży bo nie chciałam zapeszać. Nadszedł dzień pogrzebu z księdzem nie było problemu, pierw odbyła się msza u mnie w kościele chciałam jeszcze raz zobaczyć swoje dziecko, żeby mieć pewność że to moje dziecko, po prostu musiałam. Wyglądała jak laleczka porcelanowa, rączki złożone jak do modlitwy i bielutkie ubranko jak u aniołka. Następnie pojechaliśmy na cmentarz. Pogoda była piękna tak jakby Bóg nam ją dał. Pogrzeb to był ten moment kiedy załamałam się najbardziej w momencie kiedy moje dzieciątko chowano do ziemi. Najgorsze z najgorszych. Świadomość że to naprawdę się stało. Po tygodniu dopiero byłam w stanie rozmawiać z kimkolwiek. Tak to zamknięta byłam nawet dla swoich rodziców. W między czasie odebrałam protokół po sekcyjny od pana ordynatora. Okazało się że jakby w Anglii podali mi antybiotyki jak zauważyli że wód ubywa i zrobili cc to moje dziecko by żyło. Ta świadomość błędu lekarzy angielskich nie daje mi spać o nocach. Jak tak można. Przez infekcję wewnątrz maciczną której można było zapobiec i ją wyleczyć antybiotykiem straciłam jedyną córeczkę, swój największy skarb, moje serce, mój świat. Nie potrafię rozmawiając z kimkolwiek kto pyta się czy mam dzieci powiedzieć nie. Bo to kłamstwo. Ja mówię że mam i że jest aniołkiem. Nigdy się nie wyprę tego i zawsze będę podkreślała że moje dziecko jest w niebie.
Dzięki pomocy rodziców postawiłam pomniczek taki jaki chciałam aniołka który podtrzymuje buzie na poduszeczce mojej córeczki która smacznie śpi. Ten obraz jej buzi zawsze będzie ze mną. Co dziennie się modlę żeby jej tam było dobrze, żeby opiekowała się nami, że jej bardzo potrzebuję, że ją kocham i zawsze będę jej mamą. Żeby pamiętała o tym. Tak bardzo ją kocham i nie przestanę kochać. Wszystkie łzy jakie spływają mi po twarzy to są łzy miłości.

Przepraszam was, że tak napisałam, ale nie wiem jak wam powiedzieć inaczej w tym co czuję i co przeżywam. Ten ból jest straszny. I nawet nie potrafię o nim rozmawiać z Damianem. Nibym udaję że jest w porządku ale kiedy jestem sama to płaczę i płaczę. Wierzę że zrozumiecie mój ból jako jedyni dlatego tutaj piszę. Dziękuję że poświęciliście czas na przeczytanie mojej historii . 
Magda mama Wikusi (*20.08.2014 +22.08.2014)

  Subject Author Date
*  Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 14-10-2014 19:08
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) Marta1234 14-10-2014 19:21
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 14-10-2014 19:37
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) Marta1234 14-10-2014 20:13
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) taktórapamięta 14-10-2014 20:33
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 15-10-2014 10:09
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 15-10-2014 12:53
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) misia81 15-10-2014 13:01
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) misia81 15-10-2014 12:57
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) beata1978 15-10-2014 14:59
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) taktórapamięta 15-10-2014 19:18
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) Mama Huga 15-10-2014 21:06
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) iwona123 15-10-2014 21:09
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) agnes75 15-10-2014 23:02
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) natalia. 16-10-2014 14:17
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 16-10-2014 14:58
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) KarolciaiJa 16-10-2014 15:12
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) Ontario 19-10-2014 09:22
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) monisiaB 19-10-2014 12:16
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) natalia. 19-10-2014 20:59
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) Joanna_Martynka 22-10-2014 10:38
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 21-10-2014 00:33
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) iwona0489 21-10-2014 17:10
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 22-10-2014 09:52
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) Joanna_Martynka 22-10-2014 10:31
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) iwona123 22-10-2014 21:10
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 26-10-2014 11:45
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) iwona123 27-10-2014 10:13
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 01-11-2014 12:02
  Re: Moja kochana córeczka Wikusia (* 20.08.2014 + 22.08.2014) madzia1888 01-11-2014 22:10
::   w górę   ::
Jump to :
Forum tworzone przez W-Agora