dlaczego.org.pl  
Forum dlaczego.org.pl  >> STRATA DZIECKA
You are not logged in       

Szymonek *+ 21.09.2010 41 tcHits: 7898
Sylwia24  
26-10-2010 13:17
[     ]
     
Chciałam się z Wami podzielić bólem który mi towarzyszy od 5 tygodni :(
Tak ciężko jest żyć :(

Oto nasza historia:
20 września 2010 roku, poniedziałek którego nigdy nie zapomnę…


Wstaliśmy wyjątkowo późno bo Olek przebudzał się w nocy z płaczem. Może to zęby? D pierwszy dzień na urlopie. No tak, wszyscy mówili że z drugim dzieckiem jakoś szybciej idzie a tu co? Nic prócz tego że mały dziko szaleje i przewraca się w brzuchu z boku na bok. Dwa dni po terminie, godzina 9:20 no to dzwonię do gina żeby umówić się na wizytę. Lekarz umówił mnie na jutro- 21 września na 13:20, powiedziałam od razu D żeby potem czegoś z godziną nie pomieszać. Wstaliśmy. Olek odprawił swoje codzienne rytuały w sensie kupy na nocnik i wołania mnie do kuchni żebym mu zrobiła śniadanie. Byłam nieprzytomna po tej nocy no ale jak Pan każe to sługa musi jak to mówią. Marzyłam oczywiście już o jego popołudniowej drzemce co by odrobinę z niej skorzystać i też się przespać. No i tak do tej 13 chyba niewiele zrobiłam bo nie mogłam się ogarnąć. Poszłam położyć Olka i siebie. Mężyk w między czasie przychodził się przytulić co mnie tylko wkurzało bo mnie co chwilę budził. Wstaliśmy ok. 15.

Chciałam ubrać pościel do łóżeczka i zawiesić falbankę ale niechcący urwałam jedną stronę szuflady. Prosiłam D żeby ją naprawił. Powiedział, że nie ma wkrętów a nie chce mu się jechać tylko po wkręty i że je kupi jak będziemy jechać na zakupy. Odpuściłam więc. Zabrałam się za sprzątanie i obiad. Trochę mi zeszło. Patrzę na zegar trzeba wykąpać młodego. Wykąpaliśmy go zrobiłam mu butlę mleka. W TV leciał któryś z polskich seriali. Usiadłam na wersalce, położyłam nogi na stole, ręce na brzuchu i czekam… Zaczęłam się niepokoić. Cisza… Mówię do D „Przecież to już jego pora na szaleństwa a się nie rusza..” D najpierw sam zaczął macać brzuch potem mówi mi że mam się ubierać jedziemy na IP. Mówię że nie, że najpierw wezmę ciepłą kąpiel, że może mały tak mocno śpi… weszłam do wanny… Nic zero odzewu… Dopiero kiedy zaczęłam go prowokować szturaniem do ruchu uświadomiłam sobie że nie jest dobrze, że czuję dziwne sztywne puste odbicia jego ciałka kiedy uciskam. Myślałam o najgorszym. Ubrałam się. D pojechał po teściową żeby została z Olkiem. Wychodziłam z domu z płaczem…

Na IP powiedziałam położnej, że nie czuję ruchów. Kazała mi poczekać, potem poprosiła mnie do gabinetu. Położyłam się, zaczęła szukać tętna… Mówi „Coś słychać” złapała mój nadgarstek i powiedziała „Niestety to Pani tętno, proszę poczekać zawołam lekarza”. Wyszłam na korytarz do D i powiedziałam, że nie ma tętna. Na dyżurze był mój lekarz prowadzący. Poprosił o USG. Czekałam jak na wyrok. Długo nie musiałam czekać… Po minie widziałam że stało się najgorsze… Zapytałam „Panie doktorze czy serduszko bije?” Kiwnął przecząco głową i powiedział „Proszę przytulić żonę”. Chyba cały szpital, może nawet cały Tczew słyszały moją rozpacz… Zostaliśmy sami. Oboje płakaliśmy na zmianę z pozostawaniem w martwej ciszy. Wrócił lekarz. Pokazał nam serduszko w rozkurczu. Mówił o tym jak mu przykro, że ciężko mu sobie wyobrazić nasz ból i że sam czuje się jakby stracił bliską osobę, że nie ma pojęcia co się stało. Poprosił mnie o badanie ginekologiczne i powiedział, że chce mnie zostawić w szpitalu żeby zacząć indukcję porodu. Nie wiedziałam co robić, czułam jednak że przecież przed rzeczywistością nie ucieknę. Badanie wykazało że nie ma żadnego przygotowania do porodu i prawdopodobnie wywoływanie i sam poród potrwają kilkanaście godzin. Powiedziałam, że nie wytrzymam, że nie dam rady. Lekarz powiedział że zrobi wszystko co w jego mocy żeby mi pomóc godnie i jak to tylko możliwe szybko urodzić… Nie wierzyłam, że to się dzieje. Nie wierzyłam, że moje dziecko które tętniło życiem nie żyje… D pojechał do domu po torbę, mnie położna zaczęła przyjmować na oddział. Pamiętam jej słowa „Dasz radę, musisz, też przez to przeszłam i mam jeszcze trójkę dzieci. Tylko pamiętaj znajdź w sobie siłę żeby zobaczyć i przytulić to dziecko”. Czułam się jakbym obserwowała swoje życie stojąc obok, właściwie raczej jakbym patrzyła na coś co przecież nie mogło mi się przytrafić. Bo niby dlaczego? Za co?? Przyjechał D, stał obok, ocierał łzy. Zrobiło się jakieś zamieszanie, potem lekarz powiedział że prosi mnie na fotel że poda mi lek na wywołanie porodu. Lekarz zaprowadził nas na ginekologię, D miał zostać ze mną. Gin powiedział, że będzie do 8 i że jeżeli nic się nie zacznie rano poda mi drugą dawkę leku. Byłam przerażona myślą że poród może długo potrwać. Czułam że nie wytrzymam, bo to przecież wszystko na darmo…

Byliśmy sami. Dostałam coś na uspokojenie. Pojawiły się pierwsze bóle. Często chodziłam do toalety. W końcu położyliśmy się razem na łóżku, dotykaliśmy brzuch nadal nie wierząc, że to wszystko się dzieje… Zasnęłam… Ok. 3 obudziły mnie bóle, coraz silniejsze. D zawołał pielęgniarkę. Zbadała mnie 4 cm rozwarcia. Zadzwoniła na porodówkę i po transport. Przewieźli mnie do drugiego budynku na porodówkę. Godz. 3:30 następne badanie 7 cm rozwarcia. Boli strasznie. Lekarz zdziwiony tak szybką reakcją na leki zwłaszcza że nic nie wskazywało że tak błyskawicznie rozwinie się akcja. Decyzja o przebiciu wód. Są brązowe. Pytam dlaczego, nikt mi tego nie wyjaśnia. Mówię płacząc do D „Kochanie nasz synek nawet nie ma imienia” On mnie uspakaja „Jak to nie ma.. Szymon…” Skurcze słabną i są krótkie. Położna podłącza kroplówkę. Znowu się zaczyna. Słyszę że na sali obok również kobieta rodzi, boję się co będzie kiedy jej dziecko zacznie płakać… Siadam na piłce bo pokornie wykonuję polecenia byle byłoby już po… Kawałek szyjki nie chce puścić więc położna co kilka skurczy próbuje mi ją skrócić rozpychając ją ręką, boli… mam wrażenie, że zemdleję. Położna mówi, że już blisko, że muszę wytrzymać. Zaczynam wpadać w histerię bo oni mi przecież każą urodzić martwe dziecko. Słyszę, że widać główkę, że mam z całej siły przeć. Prę, ale wyrywam się. Lekarz prosi położną żeby w miarę możliwości mnie nie nacinała. Nie nacięła. D i salowa trzymają mnie z całej siły.

Godzina 5:00 położna wyciąga małego. Nie jest owinięty pępowiną, na pępowinie nie ma też supła więc przyczyna śmierci jest nieznana… Widzę maleńkiego człowieczka który się nie rusza, nie płacze… Jednym parciem rodzę łożysko. Obyło się bez szycia. Proszę aby pozwolono mi go przytulić. Położna zawiązuje mu pępek, zawija go w pieluszkę i kładzie mi na piersi….Niewyobrażalny żal i niemy krzyk z błaganiem o cud… Błagam Boga żeby tknął życie w moje dziecko…

Wywożą nas z sali porodowej na salę KTG. Jest cisza, głucha cisza. Przytulam, całuję, płaczę. Zabierają małego żeby go zmierzyć. 3000 g i 58 cm. Mały dostaje swoją opaskę na rączkę, nie mam siły sprawdzić czy dane się zgadzają. Słyszę płacz dziecka które właśnie przyszło na świat. Serce mi pęka. Lekarz mówi, że musi zadać trudne pytanie: „Czy zgadzają się Państwo na sekcję zwłok?” Mówimy, że tak. Potem lekarz proponuje zrobienie odcisku rączki. Tusz spływa z rączki ale ślady kilku paluszków zostają na kartce… Następne pytanie czy pozwolimy małego ochrzcić… Przychodzi inna położna, która jako jedyna z personelu uroniła łzę. Trzyma w ręku różową figurę Matki Boskiej z wodą święconą. Pyta: „Jakie imię wybraliście dla swojego dziecka?” Odpowiadamy: „Szymon”. Potem znowu zostaliśmy sami. D wziął małego na ręce. Tulił go tak jak Olka miał odwagę tulić kiedy miał kilka dni. O 6:45 położna prosi żebyśmy się pożegnali bo musi małego przygotować bo o 7 po niego przyjadą. Nie umiem go oddać, nie umiem. Mało wycierpiałam?? Dlaczego to się nie kończy? Zabierają małego a ja czekam na przewiezienie na ginekologię.

Przewożą mnie tam. Dostaję leki mam zasnąć. Nie mogę. Ciągle płaczę. Zawiadamiamy bliskich i znajomych o tym co się stało. Po chwili zaczynają przychodzić sms-y z wyrazami współczucia. Mąż odbiera kilka telefonów. Nikt nie wierzy. Sama nie wierzę i cały czas płaczę. Na rękach czuję zapach Szymonka. O 10 jest obchód. Proszę żeby mnie puścili do domu. Lekarz odmawia. Mówię że przecież mam prawo do wypisu na własne żądanie. Mówi że mam ale że jak się coś stanie to nie zdążą mnie przywieźć i że rodzina będzie miała podwójną tragedię. Mówię że chce do domu że już postanowiłam. Po namowach zgadzam się zostać do 20. D pojechał do domu i dowiedzieć się gdzie jest mały i co trzeba załatwić. Zostałam sama. Płakałam w głos, dostałam leki. Nie zasnęłam. Czas się dłużył. Zaczęłam się obwiniać. To moja wina za późno zorientowałam się, że coś jest nie tak. To wszystko moja wina, powinnam być bardziej czujna, powinnam bardziej uważać. Nie uratowałam mojego dziecka, pozwoliłam żeby umarł. Pozwoliłam mu umrzeć, nie zrobiłam nic… D wrócił. Potem pojechał odebrać akt zgonu. Chciałam iść do domu kazali mi czekać na lekarza. Ostatecznie po 20 się doczekałam. Dostałam receptę na Bromergon i relanium.

Wróciliśmy do domu. Nie było łóżeczka, ubranek, pampersów. Wszystko na moją prośbę zabrali. Uklęknęłam w miejscu gdzie stało łóżeczko i zaczęłam płakać… Potem przytuliłam Olka. Powiedział: „Mama” i otarł mi łzę z policzka…

Środa 22 wrzesień.
Jedziemy załatwiać pogrzeb. To było straszne ale nie chciałam żeby ktoś to zrobił za mnie wiedziałam, że muszę wytrzymać ból fizyczny i psychiczny. Załatwiliśmy formalności. Pogrzeb 24 września na godz. 10:00. Na naszą prośbę ksiądz odprawi mszę ale mówi że nie tylko za Szymonka bo on nie potrzebuje, bo jest już szczęśliwy w niebie... Stypa, kwiaty, wszystko jest…W zakładzie pogrzebowym mówią nam że mały już jest po sekcji, dzwonię do szpitala żeby zapytać czy mają dla mnie zastrzyk w związku z moją ujemną grupą krwi i pytam o wstępny wynik sekcji. Pielęgniarka mówi że mam przyjechać na zastrzyk, że już go mają a o wyniku sekcji mam rozmawiać z ordynatorem. Umawiam się z nią na następny dzień na 11.Potrzebny jeszcze strój żeby Szymonka ubrać. Wchodzimy do sklepu dziecięcego. Uśmiechnięta pani pyta w czym może mi pomóc… Mówię o co chodzi, już się tak nie uśmiecha tylko pokazuje białe kompleciki. Wybieram welurowy kaftanik ze śpioszkami. Proszę o czapeczkę i buciki. Wybieram co trzeba. D znalazł małego złotego resorka ja malutkiego kremowego misia… Chcemy mu dać jeszcze coś od nas. Jedziemy do mojego wujka złotnika, robił nam obrączki ślubne może teraz nam coś poradzi. Na specjalne zamówienie nie ma czasu za chwilę go żegnamy… Decydujemy się na srebrny łańcuszek z medalikiem Matki Boskiej karmiącej. Wujek skraca łańcuszek… Stoję i płaczę.. Nie tak miało być… Nie tak… Wracamy do domu. Do siatki rzeczy dla Szymonka wkładam jeszcze jego smoczek i kocyk… Czas się dłuży, chcę go zobaczyć, tak mi go brak, tak bardzo tęsknię gdzie on jest?? Rozmawiam z D musimy poświęcić medalik, iść do spowiedzi. Ale co z moją wiarą mówię że Bóg był mi potrzebny jak miał ratować moje dziecko a nie teraz!!!

Czwartek 23 września.
Jedziemy do szpitala. Musimy czekać. Pielęgniarka prosi mnie na zastrzyk, dostaję zastrzyk, czekamy na rozmowę z ordynatorem. Ordynator mówi że wstępne wyniki sekcji nic nie wykazały i że pobrano wycinki do badań o szczegóły mamy dowiadywać się ok. 15 października. Mówi że mamy się nastawić na to że nie poznamy przyczyny śmierci naszego dziecka. Nie potrafię tego zrozumieć. Przecież coś się stało i ja muszę wiedzieć bo będzie mnie to męczyło do końca życia… Wraca poczucie winy. Co ze mnie za matka??Wychodzimy ze szpitala, czuję, że opadam z sił, psychicznie nie daję rady.Jedziemy zawieźć rzeczy dla Szymonka. Zapomnieliśmy pampersa, wracamy do domu. Zanosimy rzeczy, pytam kiedy będę mogła go zobaczyć, mówią że za dwie godziny. Jedziemy zatem zrobić jakieś zakupy, ale chodzimy po tym mieście i oboje nie mamy siły ani kupić butów ani nic innego. Patrzymy nerwowo na zegar. Załatwiamy jeszcze jedną sprawę. Czas wolno leci ale w końcu dochodzi 14. Jedziemy do zakładu pogrzebowego. Pan wynosi maleńką białą trumienkę… Czuję że moje serce przestaje bić. Płaczę w głos ale nie wiem co robić… Chcę go wziąć na ręce, przytulić, pocałować. Szymonek leży główką na podusi, wygląda jakby spał… Rączki ma splecione. Pochylam się nad nim i całuję. Moje maleństwo. Mój skarb. Moje kochane serduszko. Jego zimne ciałko uświadamia mi wymiar naszej tragedii. Jego naprawdę już między nami nie ma, nie żyje.. Wkładamy do trumienki autko, misia i smoczek. Płaczę już tak bardzo że D prosi aby zabrać małego. Wyprowadza mnie. Czuję żal że tak mało czasu mi dał ale wiem że ten czas nic nie zmieni, że nie będzie łatwiej, nie będzie lżej… Mówię D że potrzebuję rozmowy z księdzem, czekamy do wieczornej mszy i po mszy idziemy do naszego proboszcza. Proszę go o poświęcenie medalika. Święci go. Mówię że potrzebuję rozmowy. Prosi nas do siebie. Rozmawiamy ponad godzinę. Tłumaczy ile może odpowiada jak potrafi na nasze a w zasadzie na moje pytania. Szymonek był wyjątkowy, został wybrany, jest w niebie. My mamy gorzej bo na niebo musimy zasłużyć, a on do niego trafił jako święty… Niby czuję ulgę ale jako matka nadal nie mogę się pogodzić z pustką jaka została… Proszę księdza o spowiedź. Spowiada nas. Wracamy do domu. Czekamy na jutro…

Piątek 24 wrzesień.
Obudziłam się przed budzikiem. Pierwsza dawka leków, wiem że bez nich nie dam rady… Myję się, ubieram. Przygotowuję i pakuję Olka bo szwagierka zabiera go do swojej teściowej. Przyjeżdżają moi rodzice, mijamy się w drzwiach, zostawiamy im klucze. Postanowiliśmy, że trumienka będzie zamknięta dlatego jedziemy sami ostatni raz zobaczyć naszego synka. Jedziemy się z nim pożegnać… Zaczynam płakać już na widok trumienki. Dajemy małemu grzechotkę i medalik od moich rodziców. D wplata mu w rączki medalik od nas. Ja okrywam go jego kocykiem z nadzieją że ten kocyk pozwoli mi cofnąć albo chociaż zatrzymać czas… Całuję go, przytulam, mówię jak bardzo go kocham i że przepraszam, że go nie uratowałam… Proszę żeby mi wybaczył… Jest mi bardzo ciężko. Widzę go ostatni raz. Dlaczego?? D mówi że musimy iść. Kolejny raz odciąga mnie od trumienki. Zabieram kocyk, kocyk a moje dziecko zostaje w tej okropnej chłodni. Nie tak miało być! Wychodzimy. Mówię mu że nie dam rady, że nie umiem, nie chcę, nie potrafię go pożegnać. Biorę następne tabletki z nadzieją, że one ukoją mój ból. Dojeżdżamy do kościoła. Widzę ile zbiera się ludzi. Boję się wysiąść z samochodu. Zaczynają się kondolencje. Nie wiem kto ani co mówi czuję tylko jak nogi mi się uginają i nie mogę pohamować szlochu. Szwagierka wprowadza nas do kościoła widząc że nie mam już siły. Zaczyna się msza. Piękna msza, z pięknym kazaniem o naszym aniołku. Całą mszę płaczę. Rozbraja mnie pieśń którą organista gra niemalże na koniec. Jedziemy na cmentarz wchodzimy do kaplicy. Nie mam siły podejść do trumienki siadam. Z małym żegna się moja mama i teściowa. Ksiądz odprawia ceremonię. Nie słyszę co mówi. Nagle wynoszą małego. Płaczę. D mówi że musimy iść. Idziemy za księdzem. Jest dół i krzyż z tabliczką na której jest jego imię i nazwisko i data 21.09.2010. Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę!!! Chłopak który niósł trumienkę wkłada naszego synka do tego dołu. Krzyczę w duszy żeby tego nie roił bo już go nigdy nie zobaczę… Płaczę, podchodzę żeby go pożegnać. Stajemy z boku. Wszyscy go żegnają kładą kwiaty. Koniec. Tyle mogliśmy dla niego zrobić. Tylko tyle…

:( 
------------------------------
Olek (11.04.09 42 tc) Szymonek (+20.09.2010 *21.09.10 41 tc) Wiktorek (20.01.2012 37 tc) i Maja (24.03.14 38 tc)

Tak trudno jest żyć gdy serce dziecka przestało bić...

www.soulowy.blogspot.com
Last edited on 07-09-2011 08:34 by Sylwia24

  Subject Author Date
*  Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Sylwia24 26-10-2010 13:17
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Joannap 26-10-2010 14:25
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Ewa Romańska 26-10-2010 14:40
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc iwonka_9 26-10-2010 15:12
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc aniołkowa mama 30-10-2010 10:14
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Ewa Romańska 22-11-2010 12:24
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc atusia13 26-10-2010 15:46
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Nadia7 26-10-2010 16:02
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc nowisia 26-10-2010 16:23
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Justyna_82 26-10-2010 16:30
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc smutna mama 27-10-2010 00:36
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc sabina24 26-10-2010 18:36
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Pysia 26-10-2010 19:11
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Monika33 26-10-2010 19:23
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc magda24 26-10-2010 19:28
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Agik 26-10-2010 23:05
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc KASIA1 27-10-2010 07:42
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Francesca 27-10-2010 09:08
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Misia79 27-10-2010 09:29
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc AlexD2712 27-10-2010 13:31
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc deli 27-10-2010 13:44
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Justa29 27-10-2010 16:43
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Alicja74 27-10-2010 17:55
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc agnes1985 27-10-2010 19:59
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Sylwia24 29-10-2010 16:49
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc morena 01-11-2010 12:25
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Sylwia24 22-11-2010 12:00
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc EwelinaW 22-11-2010 12:52
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc Joannap 22-11-2010 13:56
  Re: Szymonek *+ 21.09.2010 41 tc agnes75 22-11-2010 14:54
::   w górę   ::
Jump to :
Forum tworzone przez W-Agora